Wielki Rozsutec i Janosikowe Diery

Wielki Rozsutec i Janosikowe Diery




Wielki Rozsutec to zdecydowanie najbardziej charakterystyczny szczyt Krywańskiej części Małej Fatry i jednocześnie jeden z najpiękniejszych szczytów Słowacji. Jest wręcz idealną bazą wypadową na jednodniówkę po górach, a dodatkowo dostarcza mnóstwo pięknych widoków, urozmaiceń podczas wędrówki w postaci stromych zejść/wejść (zależy od strony, od której wchodzimy), wodospadów, drabinek i odprowadzającego nas prawie do podnóża Rozsutca potoku. Żeby cieszyć oczy wymienionymi na końcu atrakcjami oraz podarować sobie trochę kojącego chłodu, warto wybrać drogę przez Janosikowe Diery, a dokładniej ich III część zwaną Horne Diery. Należy pamiętać, że niektóre szlaki na Słowacji ze względów bezpieczeństwa otwierane są dopiero 15 czerwca. My o tym nie wiedzieliśmy, ale na nasze szczęście podróż wypadła właśnie 15 czerwca.


Po kolei...

Decyzja o wyjeździe do naszych południowych sąsiadów w celu zwiedzenia nieco ich szlaków górskich zapadła nagle, szybko i kompromisowo. Wędrówkę rozpoczęliśmy z miejscowości Terchova, a dokładniej jej części zwanej Biely Potok. W tym miejscu znajduje się dość rozpoznawalny hotel Diery, w okolicy którego za 5euro można pozostawić samochód na cały dzień. Obok hotelu znajduje się gablota obrazująca szlaki, którymi możemy się udać.

(Ten fragment tekstu oznaczam innym kolorem, ponieważ nie wnosi nic, co chciałby przeczytać ktoś zainteresowany malowniczą trasą, którą opisałam na początku) My nie potrzebowaliśmy informacji zawartych w gablocie obrazującej szlaki, ponieważ nasz wspaniały nawigator wyczytał dzień wcześniej, że po pierwsze należy przejść przez kładkę, a potem to już do góry! Prosto do wodospadów, kładek, potoczku! I tak oto wędrowaliśmy wśród łąk, później wśród zwyczajnego lasu, i znów wśród zwyczajnego lasu i tak aż do momentu, gdy ktoś powiedział STOP! Nie będziemy dalej wędrować tym zwyczajnym lasem! I tak oto po godzinie znów znaleźliśmy się pod hotelem Diery i zaczęliśmy wędrówkę jeszcze raz.


Po zapoznaniu się ze szlakami ruszyliśmy przed siebie, pierwszym celem były Horne Diery. Żeby wejść na odpowiedni szlak trzeba przewędrować około 100 metrów wzdłuż potoku, mijając po prawej stronie restauracje oraz hotel. Później przechodzimy przez pierwszą z tysiąca kładek, przez które przyjdzie nam jeszcze się przeprawiać. Trasa jest przyjemna, chłód wąwozu dodaje energii, a urozmaicenia typu drabinki ustawione pionowo do wodospadu, sprawiają, że nie nudzi.
 

   


 Po około 1,5h marszu wyłania się polana, na której musimy podjąć ważną decyzję. Mały Rozsutec, czy Wielki Rozsutec? My postawiliśmy od razu na Wielki i ruszyliśmy już nieco bardziej pod górkę. Wyszliśmy po około 2 godzinach, po drodze nie da się przejść obojętnie obok roztaczających się widoków. Najlepiej zatrzymywać się co parę metrów i podziwiać!




 Teraz nieco ciekawsza strona Wielkiego Rozsutca, czyli droga w stronę "ronda", które widać na poprzednich zdjęciach. Tutaj mamy trochę łańcuchów, które jednak zbytnio się nie przydają.





Zarówno w trakcie powrotu jak i na końcu bardzo przydaje się potok, jako naturalny zmywacz zmęczenia. Po powrocie obok parkingu zastaliśmy również już otwarte restauracje, w których za przystępną cenę można dobrze się najeść przed drogą powrotną.




Gruzja oczami Gruzinki, czyli 5 ciekawostek o kraju

Gruzja oczami Gruzinki, czyli 5 ciekawostek o kraju

Tak jak wspominałam wcześniej, w Batumi poznaliśmy pewną przesympatyczną, młodą Gruzinkę - Anę, która chętnie opowiedziała nam kilka ciekawostek o tym, jak to się tutaj w kraju dzieje i działo. Nie zagłębialiśmy się w wątki polityczne, bardziej skupiliśmy się na kulturze i oświacie. Poniżej 5 ciekawostek o kraju. Niektóre z nich nas zszokowały.


1. Jak zagiąć cwaniaka? Czyli o gruzińskich taksówkarzach
-Ana, jak to jest z tymi taksówkarzami? Podają kwotę, dowożą na miejsce, po czym podają kwotę o wiele większą niż ta na początku.

Nasza nowa przyjaciółka nie kryła oburzenia słysząc tę powtarzającą się historię.

-Wstyd mi za nich. Niestety faktycznie się tak dzieje, dlatego ciężko znaleźć przyjezdnego, który dobrze mówi o taksówkarzach w naszym kraju., a szczególnie w turystycznych miastach. Kilku z nich sama przyłapałam na gorącym uczynku! Dałam im nauczkę.

Ana ze względu na swoją błyskotliwość, nie do końca gruzińską urodę oraz znajomość języków obcych znalazła pewien sposób na taksówkarzy. Często będąc bardzo blisko domu i znając najszybszą drogę, którą można się tam dostać korzystała z usług taksówkarzy. W taksówce nie używała języka gruzińskiego. Najczęściej był to język rosyjski, żeby kierowca dobrze zrozumiał, w które miejsce ma zawieźć pasażera, ale jednocześnie nie zorientował się, że ma do czynienia z kimś kto może znać topografię miasta. I tak z 5km, które dzieliło Anę od domu robiło się 20km jazdy na około, byleby tylko dłużej jechać. W tym momencie Ana zazwyczaj pytała taksówkarza, dlaczego pojechał na około skoro miejsce docelowe znajdowało się na wyciągnięcie ręki.

- Zazwyczaj wtedy robiło się im bardzo głupio. Tłumaczyli się tym, że nie wiedzieli, że znam miasto. Ostatecznie w ramach przeprosin za każdą taką „oszukaną” jazdę nie musiałam płacić. Jednak każdy na koniec usłyszał moje kazanie o tym, że należy być uczciwym wobec każdego czy to turysta, czy lokalny.

2. Na sygnale, czyli respekt do policji
W przeciwieństwie do taksówkarzy, policjanci w Gruzji cieszą się bardzo dobrą sławą. Zacznijmy od tego, że każdy radiowóz non stop ma odpalone koguty i w ten sposób siedzący w nim funkcjonariusze bacznie patrolują teren. Wszystko to dlatego, żeby pokazać Gruzinom, że nad nimi czuwają, a jednocześnie pilnują, aby nikt nic nie przeskrobał. Nie bez powodu Gruzja jest obecnie jednym z najbezpieczniejszych krajów. Ponadto w Gruzji policjant to najlepiej płatny zawód. Wszystko po to, żeby wyzbyć się nawyku przyjmowania przez policjantów łapówek, który był niegdyś bardzo powszechny.

3. Wypadek w prezencie na urodziny
Gruzini jeżdżą chaotycznie. Ponadto kobieta za kierownicą to dla mężczyzn widok porównywalny do widoku byłego księdza ze swojej parafii na spacerze z gromadką dzieci i żoną. Jest to po prostu ogólnie postrzegane za nietaktowne, aczkolwiek zdarza się.

-Mimo tak chaotycznej jazdy nie widziałam jeszcze żadnego wypadku, ten chaos na drogach jest jednak jakoś kontrolowany?

-Musiałaś dobrze trafić. Wypadki zdarzają się bardzo często i są zazwyczaj bardzo poważne. Czego jednak można się spodziewać? Większość kierowców prawo jazdy dostała na urodziny, lub przy okazji świąt. To nie żart, kiedyś prawo jazdy po prostu kupowało się w prezencie, nie trzeba było nawet najmniejszego szkolenia.

4. Upał w Gruzji = tłok w Batumi
Co zrobić kiedy temperatura w miastach przekracza 40 stopni? W tej kwestii Gruzini są bardzo zgodni – wyjechać nad morze! A jak nad morze to gdzie najlepiej? Najlepiej do Batumi! I tak właśnie w upalnym sezonie pustoszeją miasta i miasteczka położone w centralnej Gruzji i wszyscy jak jeden mąż zmierzają na wybrzeże...

5. Ja płacę, a Ty co?! Czyli język angielski w Gruzji
Dlaczego prawie nikt w Gruzji nie mówi po angielsku? Powody są dwa i dzielą się na powody ludzi biednych oraz problemy ludzi bogatszych. Zacznijmy od tego, że edukacja w Gruzji jest bardzo droga i nie wielu mieszkańców stać na to, żeby ich dzieci mogły pójść do szkoły, czy na studia. Wielu z nich klepie biedę składając GEL do GELa, żeby tylko zapewnić pociechom lepszą przyszłość. Przed tymi, którym uda się uzbierać odpowiednią sumę staje kolejny problem, a mianowicie ich dzieci, które wcale nie są zainteresowane nauką. Ana opowiada o tym, jak podczas swojej edukacji wielokrotnie była świadkiem, gdy uczniowie uciekali z zajęć, lub po prostu nie chciało się im uczyć. Woleli spędzać ten czas na podwórku, luz powstrzymywał ich przed pójściem do szkoły. Może to dlatego, że ich rówieśnicy nie dostali takiej szansy? Może wtedy wydawało im się to niepotrzebne?



Przy okazji serdecznie polecam zatrzymanie się w My Warm Guest House w Batumi, w którym to poznaliśmy Anę. Świetna lokalizacja, niskie ceny, przesympatyczna obsługa, wino i czacza na powitanie. Żyć nie umierać!






Dookoła Gruzji w tydzień - VII dzień

Dookoła Gruzji w tydzień - VII dzień



VII dzień 19.04.2017
Z Batumi do Kutaisi

Ostatni dzień podróży, Batumi pożegnało nas niewielkim deszczem. Chcąc dowiedzieć się skąd ruszają marszrutki do Kutaisi odwiedziliśmy kilka przydrożnych biur informacji turystycznej, ponieważ przechodniów w ten dzień i o tej porze, było jak na lekarstwo. Jedynie jakiś pan leniwie, dwoma ruchami zamiótł chodnik, po czym schował miotłę na przydrożnej palmie. Dopiero przy 3 próbie ktoś był w stanie wytłumaczyć nam drogę. W poprzednich przypadkach pracownicy biur informacji ani left ani right, ani nawet i don't know. Za to za trzecim razem dostaliśmy dokładną instrukcję i nawet mapę, jakby pracownik przewidział, że i tak się zgubimy. Później jakiś przechodzień wpakował nas w odpowiednią marszrutkę, którą zazwyczaj ciężko znaleźć bez obrzędu oddania się w jego ręce i wiernego podążania za nim. W każdym razie tak jest o wiele szybciej. Trasa wyszła nas około 20GEL i zostaliśmy podwiezieni do miejsca, gdzie w pierwszy dzień zostawił nas Rolandi. Ni to centrum ni to przedmieście. 



Znaleźliśmy hostel, w którym oczywiście wypiliśmy z gospodarzem wino w towarzystwie polskiej flagi, która wisiała w honorowym miejscu w salonie. Wytłumaczyliśmy mu, że chcemy zatrzymać się maksymalnie do 2:00 w nocy, ponieważ około 3:00 mieliśmy samolot. Przytaknął, zaproponował transport, zrozumiał o co chodzi... przynajmniej tak myśleliśmy. Udaliśmy się do centrum Kutaisi, w którym prócz pokaźnej fontanny Kolchidy, parku i bazarów nic szczególnego nie zaobserwowaliśmy. Można również udać się na jeden z mostów i pooglądać rzekę Rioni. Nas jednak zatrzymało tam coś zupełnie innego.



Smutna strona Kutaisi


Ni stąd ni zowąd do naszej wycieczki przyłączył się pewien towarzysz. Myśleliśmy, że po parunastu metrach da sobie spokój, jednak zdecydowanie zostaliśmy przez niego wybrani. Wesoły, młody psiak zobaczył w nas ewidentnie nadzieję na wyrwanie się z tego miejsca, które dla psów jest istnym piekłem. Rozmnażające się na ulicy, pozbawione dachu nad głową, bezpańskie, bez jedzenia. Zdane same na siebie w większości leżą bez siły pod starymi budynkami lub próbują wyłudzić od przechodniów coś do przekąszenia. Próbując zgubić psiaka, żeby nie robić mu nadziei, weszliśmy do jednego z większych sklepów. Wychodząc po 15 minutach zobaczyliśmy, że czeka na nas pod schodami. Nie dało się przejść niezauważonym, psiak oszalał ze szczęścia, zaczął figlować i po nas skakać. Myśleliśmy, że chce tylko jedzenia, jednak bez mrugnięcia okiem minął innych przechodniów, którzy wołali go i zachęcali smakowitym kąskiem. Biegł dalej za nami...Próbowaliśmy jeszcze kilka razy sztuczki z wchodzeniem do sklepu, jednak to nie działało. Poszliśmy do malutkiego zoologicznego, gdzie wytłumaczyliśmy panią o co chodzi i kupiliśmy nieco karmy, dla naszego przyjaciela. Dostając od nas jedzenie, widać było w jego oczach szczęście, wdzięczność oraz ufność. Tego się najbardziej obawialiśmy. Przy okazji zapytałam sprzedawczyni, dlaczego większość psów w miastach ma przyczepione na uszach plastikowe plakietki. Jest to oznaczenie bezdomnych psów, które zostały zaszczepione. Na dobrą sprawę ciężko w ogóle znaleźć tam psa, który do kogoś należy, bardziej są one traktowane jako zło konieczne.
Korzystając z okazji, że nasz maluch zajadał się karmą postanowiliśmy się oddalić. Szliśmy dość daleko, chwilami biegnąc, w końcu zatrzymaliśmy się w barze. Spędziliśmy tam około godziny i nie zauważyliśmy by kręcił się gdzieś w pobliżu. Gdy już wychodziliśmy zobaczyliśmy go, jakieś 50 metrów od nas, wygrzewającego się w słońcu na schodach. Nie byliśmy pewni czy to on, ale na wszelki wypadek szybko ruszyliśmy w drugą stronę. On jednak był pewny. Dogonił nas i znów zaczął tak beztrosko się cieszyć. Nie było wyjścia, postanowiliśmy zabrać go na spacer razem z nami. Po drodze mijaliśmy panie ze sklepu zoologicznego, które nie kryły zdziwienia gdy zauważyły, że piesek znów nas znalazł. Leżenie pod nogami, gdy tylko usiedliśmy, skakanie gdy wstawaliśmy, krycie się za nami, gdy ktoś inny zwracał na niego uwagę...Tak chodziliśmy do późnych godzin wieczornych, nie mogąc się z nim rozstać. Nasypana resztka karmy w parku, szybkie przywołanie taksówki...Żegnaj przyjacielu, zabralibyśmy Cię ze sobą, gdyby tylko to było takie proste.

Z tego wszystkiego zorientowałam się, że nie mam żadnej nawet najmniejszego pamiątki z Gruzji, prócz starej, zniszczonej fotografii, którą kupiłam na suchym moście w Tbilisi. I tak już pozostało. W tym wypadku brak pamiątki stanowi największą pamiątkę i symbol tych 7 dni spędzonych w ciągłym szoku.


Spieszysz się? Gruzja uświadomi Ci, że nigdzie się nie spieszysz

Wróciliśmy do hotelu, żeby trochę ogarnąć się przed lotem. Wspomniany wcześniej właściciel zapomniał, że mieliśmy wcześniej wyjść, zamknął główne drzwi wyjściowe nie dając nam klucza, informacji gdzie go znajdziemy oraz nadziei na to, że zdążymy na samolot. Przed tym co napiszę muszę zapewnić, że wyczerpaliśmy wszystkie pozostałe opcje... ostatecznie wyskoczyliśmy przez okno zostawiając jedynie krótki liścik.
Zaczął się wyścig z czasem! Taksówkarz, którego dorwaliśmy biegnąc główną ulicą poczuł, że sytuacja jest kryzysowa i że szybko trzeba nas dostarczyć na lotnisko. Dlatego właśnie zatrzymał się i poszedł do sklepu po fajki, zapewniając nas, że szybko wróci. Uffff...co za szczęście, gdyby nie jego szybkie zakupy w trakcie jazdy, na pewno byśmy nie zdążyli. Na szczęście dotarliśmy na czas.

Na początku zapomniałam dodać, że lotnisko w Kutaisi, choć wielkością nie przerasta polskiego Tesco, znajduje się tam wszystko, czego odlatujący/przylatujący turysta może pragnąć. Kantor, informacja, taksówkarze, bufet, sklepik wolnocłowy oraz rozsuwane, przeszklone drzwi prowadzące prosto do przygody!








A taka pogoda w Katowicach :)

Dookoła Gruzji w tydzień - VI dzień

Dookoła Gruzji w tydzień - VI dzień




VI dzień 18.04.2017
Najlepsza opcja przejazdu Tbilisi-Batumi

Prawie ostatni cel naszej podróży: wybrzeże Morza Czarnego, czyli wyprawa do Batumi – najbardziej bezsensownie oświetlonego miasta jakie w życiu widziałam. Jako, że naszą bazą wypadową do wszystkich poprzednich miejsc było Tbilisi, musieliśmy znaleźć połączenie, dzięki któremu w miarę szybko i tanio można dostać się na wybrzeże. Padło na pociąg. Była to jedna z lepszych decyzji, dotycząca naszego przemieszczania się po Gruzji, ponieważ ogólny stan kolei przerósł nasze oczekiwania w 100%. Mieliśmy do wyboru jazdę pociągiem nocnym, którą polecały nam napotkane w IV dniu podróży Ukrainki, ale ostatecznie wybraliśmy kurs o godzinie 8:00 z dojazdem o 13:00. Bilet do Batumi wyszedł 25GEL/os. Wyprawa była nie lada wyzwaniem, ponieważ poprzedniej nocy ze względu na urok stolicy, wykorzystywaliśmy ostatnie spędzane w niej chwile chodząc uliczkami miasta do późnych (a może raczej wczesnych) godzin.
Na stację kolejową podwiózł nas za 10GEL taksówkarz. Mogliśmy oczywiście wybrać metro, ale każde spojrzenie na zegarek wywierało ogromną presję. Na stacji kolejowej znajduje się mini pasaż, a na 1 piętrze coś w rodzaju stołówki. W witrynie wystawione są różnego rodzaju gotowe do spożycia produkty typu jajka, parówki, ziemniaki, sałatki etc. Wystarczy wybrać i dostajemy na talerzu zamówioną porcję (płatność za wagę). Byliśmy bardzo głodni, więc zaspani i nie do końca świadomi swoich decyzji zaczęliśmy wybierać posiłek. Kuba wybrał parówki z ziemniakami, a ja jajka ze spleśniałym chlebem..

Nadjechał pociąg. Wnętrze było czyste, zadbane i przestrzenne. W środku dostępne wi-fi, co ułatwiło nam znalezienie na szybko noclegu w Batumi przy samym morzu, za niewielką kwotę, u przesympatycznej młodej Gruzinki, o której świeżym poglądzie napisałam tutaj.


Miasto chachą płynące

Batumi powitało nas słońcem i widokami po raz kolejny zupełnie różniącymi się od tych z dni poprzednich. Wrażenie robiło morze i królujące nad nim wysokie szczyty, na których zalegał jeszcze śnieg. O tej porze roku w mieście było nadzwyczaj spokojnie. Dziwne budowle usytuowane na wybrzeżu zadziwiały kształtami. Niektóre z nich zostały wybudowane w interesujący sposób chyba tylko po to, żeby zastanawiać ludzi co też może się w nich znajdować. Dla dobra sprawy nie znajduje się w nich nic, a przynajmniej w niektórych. Wielkie koło młyńskie koło plaży, ruchomy pomnik Ali i Nino, zamknięta dla zwiedzających wieża gruzińskiego alfabetu, wieża Czaczy wraz z fontanną, z której raz w tygodniu przez 15 minut zamiast wody leci słynny gruziński samogon oraz wysoki spektakularny budynek z diabelskim młynem na szczycie to rzeczy, których nie sposób nie zauważyć.
Obowiązkowym punktem Batumi jest ogród botaniczny, toteż zostawiliśmy rzeczy w nowym mieszkaniu (oczywiście pojęcie „zostawić rzeczy” wiąże się jeszcze z wypiciem wina, które zawsze ofiarują gospodarze, a w tym wypadku również chachy) i popędziliśmy na marszrutkę nr 31. Po około 15 minutach jazdy pustą marszrutką, dotarliśmy na miejsce. Ogród jest dość duży, podzielony na sektory odpowiadające poszczególnym zakątkom świata. Podczas przeprawy towarzyszy nam widok na morze. Nie wiem czy byliśmy tak zmęczeni, że nie dostrzegliśmy piękna ogrodu, czy faktycznie rozkwita on w późniejszej porze (stawiam na ten wariant, tłumaczy to pustą marszturkę do tak wielkiej atrakcji). Mimo wszystko było kilka punktów, dzięki którym nie żałuję, że się tam znaleźliśmy.


Uroczy kicz Batumi

Wieczorem miasto zamieniło się w jeden wielki kolorowy kicz. Miało to co prawda swój urok i styl, jednak zdecydowanie wolałam oświetlenie Tbilisi. Choć również podświetlone było niemalże wszystko, to było to zrobione z jakimś wyczuciem. Batumi mieniło się wszystkimi kolorami, po przejściu kilkuset metrów czułam, że żeby tutaj pasować powinnam również owinąć się jakimiś bożonarodzeniowymi światełkami. Co więcej, po zapuszczeniu się w głąb miasta odkryłam, że niemalże wszędzie królują kasyna i to ogromne, potężne kasyna. Budynki te przytłaczały swoją obecnością, a jednocześnie zlewały się z równie wielkimi budowlami sakralnymi oraz hotelami. Oczywiście poza centrum miasta nie wygląda to już tak kolorowo. Odnoszę wrażenie, że centrum oraz wybrzeże usiłowano zrobić pod turystę pragnącego luksusu. 

Rzeczą, którą z pewnością trzeba zobaczyć w Batumi jest pokaz grających fontann na głównym placu. Muzyka od klasycznej, po rock 'n rolla i wybuchające w jej rytm gejzery cieszyły oczy, bardzo cieszyły.

Georgian Railway


Port w Batumi
Kot czekający na mięso





             








Dookoła Gruzji w tydzień - V dzień

Dookoła Gruzji w tydzień - V dzień



V dzień 17.04.2017
Gareja Line praktycznie

Godzina 11:00 Freedom Square – w końcu jedziemy do Davida Gareji! Jeszcze raz po krótce o Gareja Line – jest to busik, który codziennie o godzinie 11:00 zabiera chętnych turystów na wycieczkę do słynnych monastyrów, do których dojazd marszrutek byłby bezcelowy, ponieważ droga prowadzi przez pustkowia. Taksówką natomiast za 3 godziny jazdy tam i z powrotem zapłacimy około 150GEL. W Gareja Line jedyne 25GEL/os w dwie strony. Dodatkowym plusem są postoje po drodze, w czasie których można fotografować dzikie tereny oraz postój w wiosce Udabno, o której opowiem później. Na samym początku zaskakuje nas czekająca na wyznaczonym placu organizatorka, która od razu ofiaruje nam kartki z informacjami (po Polsku!) na temat podróży, historii monastyrów i niebezpieczeństw jakie będą na nas czyhać (żmije). W busiku stworzył się mix kulturowy. Polacy, Niemcy, Anglicy oraz osoby, których narodowości nie zidentyfikowaliśmy.



Wspiąć się do raju...

Już po około godzinie jazdy ukazał się nam krajobraz zupełnie inny od dnia poprzedniego. Ciągnące się kilometrami pustkowia, gdzieniegdzie spowite namiastką trawy, którą skrupulatnie wyjadały pasące się owce. Pojedyncze drzewa stanowiły zaledwie kilka procent panoramy tego płaskiego terenu. Pod nimi szukali schronienia przed upałem leniuchujący pastuszkowie. Czas jakby się zatrzymał. Po kilku godzinach jazdy w końcu znaleźliśmy się na miejscu. Naszym oczom ukazała się wielka skała z wydrążonymi w niej otworami oraz przeróżnymi schodkami, kapliczkami, grotami itp. Był to Klasztor Lawra, w którym obecnie zamieszkuje 10 prawosławnych mnichów. Zwiedzanie ich domów było z jasnych powodów niemożliwe, jednak zwiedzić można dziedziniec oraz Kościół Przemienienia, gdzie został pochowany założyciel kompleksu – syryjski mnich Dawid z Garedży. Po terenie klasztoru spacerowaliśmy dość długo, ponieważ nie doczytaliśmy informacji, że wskazane jest udanie się stromym zboczem w górę. Gdy w końcu zauważyliśmy podejrzanie przechadzających się „nad nami” turystów, szybko pobiegliśmy szukać przejścia. Było dość sucho i upalnie, dlatego wejście w trampkach ślizgających się po stromych, niemalże piaskowych zboczach dostarczało frajdy. Po około 20 minutach dotarliśmy na szczyt, na którym odebrało nam mowę. Powietrze pachniało wolnością. Po jednej stronie rozciągał się pagórkowaty, nie tknięty ludzką ręką krajobraz Gruzji, a po drugiej stronie bezkresne równiny zielonego Azerbejdżanu. Po głębokim oddechu postanowiliśmy pójść dalej, grzbietem wzgórza. W przewodniku wyczytałam informację o zamieszkujących tę okolicę jaszczurkach, a że jestem wielką ich fanką, mimo wielkiego uroku tego miejsca byłam nieco przygnębiona. Po kilkunastu krokach było mi jednak dane zobaczyć najpiękniejszy widok jaki można sobie wyobrazić. Na skałach wysuniętych w stronę Azerbejdżanu, siedziały wielkie jaszczury, z dumą przyglądające się rozległym terenom. Rozważałam opcję pozostania tam na zawsze, jednak ostatecznie postawiłam na zrobienie kilku pamiątkowych zdjęć, które swoją drogą oglądam prawie codziennie. Idąc dalej naszym oczom ukazywały się nadal bezkresne tereny, skały, jaszczurki, dwóch mężczyzn z karabinami, krzewy oraz różnego rodzaju owady. Nie wyobrażam sobie jednak spaceru tą trasą podczas deszczu. Wtedy na pewno nie było by widać jaszczurek... Dobra! Wróćmy do tych dwóch umundurowanych mężczyzn z karabinami. Czuwali oni przy Kaplicy Zmartwychwstania i okazali się być kimś w rodzaju niezainteresowanej niczym kontroli granicznej. Idąc w dół w stronę Azerbejdżanu można dojść do dobrze zachowanych jaskiń, w których pierwotnie mieszkali mnisi. Jaskinie ozdabiane są licznymi freskami przedstawiającymi czasy ich powstawania. 



Udabno - miejsce, w którym zatrzymał się czas

Po przejściu całej trasy i zgromadzeniu wszystkich uczestników przy busiku, ruszyliśmy do wioski Udabno. Jest to jedna z najbardziej odizolowanych wiosek w Gruzji. Widać to na pierwszy rzut oka, słychać po panującej ciszy i czuć przez ogólną, spokojną atmosferę. Pobliski (prawdopodobnie jedyny) sklepik to kilka niezapełnionych nawet w połowie półek z podstawowymi artykułami. W zamrażarkach dość spore ilości mięsa, i o dziwo duża ilość napojów energetycznych w lodówkach (mówiąc duża ilość odnoszę się do ogólnego zaopatrzenia sklepu, inaczej mówiąc znajdowało się tam około 6 puszek z napojami energetycznymi). Przechadzając się wioską można gdzie niegdzie zaobserwować roześmiane dzieciaki grające w piłę na podwórku oraz starszych Gruzinów pogrążonych w dyskusjach przy kieliszku wina. Na obrzeżach znajduje się obity prowizorycznie deskami parkiet oraz scena, gdzie prawdopodobnie odbywają się wiejskie festyny. Jestem fanką takich eventów, bo to najlepsza droga do poznania jak bawi się lokalna ludność, ale niestety nie zapowiadało się na to, że festyn odbędzie się w najbliższej przyszłości. „Banery” zapowiadały imprezę na grudzień, o ile się nie mylę 2015 roku.

Wino w restauracji w hostelu Udabno było zwieńczeniem naszej podróży. Pisząc 'restauracja' mam oczywiście na myśli stary budynek, w którym ustawiono kilka ławek i stołów w czymś na kształt garażu. Średnio na 2 gości przypadał jeden pies lub kot, czychający na kawałek smakowitego mięska i gardzący rzucanymi okruchami bułki, czy chleba.

Na zakończenie jeszcze szybka akcje w słynnym barze "Warszawa" w Tbilisi. Nic ciekawego.
















Copyright © 2016 Wild Heart Tour , Blogger