Dookoła Gruzji w tydzień - VI dzień




VI dzień 18.04.2017
Najlepsza opcja przejazdu Tbilisi-Batumi

Prawie ostatni cel naszej podróży: wybrzeże Morza Czarnego, czyli wyprawa do Batumi – najbardziej bezsensownie oświetlonego miasta jakie w życiu widziałam. Jako, że naszą bazą wypadową do wszystkich poprzednich miejsc było Tbilisi, musieliśmy znaleźć połączenie, dzięki któremu w miarę szybko i tanio można dostać się na wybrzeże. Padło na pociąg. Była to jedna z lepszych decyzji, dotycząca naszego przemieszczania się po Gruzji, ponieważ ogólny stan kolei przerósł nasze oczekiwania w 100%. Mieliśmy do wyboru jazdę pociągiem nocnym, którą polecały nam napotkane w IV dniu podróży Ukrainki, ale ostatecznie wybraliśmy kurs o godzinie 8:00 z dojazdem o 13:00. Bilet do Batumi wyszedł 25GEL/os. Wyprawa była nie lada wyzwaniem, ponieważ poprzedniej nocy ze względu na urok stolicy, wykorzystywaliśmy ostatnie spędzane w niej chwile chodząc uliczkami miasta do późnych (a może raczej wczesnych) godzin.
Na stację kolejową podwiózł nas za 10GEL taksówkarz. Mogliśmy oczywiście wybrać metro, ale każde spojrzenie na zegarek wywierało ogromną presję. Na stacji kolejowej znajduje się mini pasaż, a na 1 piętrze coś w rodzaju stołówki. W witrynie wystawione są różnego rodzaju gotowe do spożycia produkty typu jajka, parówki, ziemniaki, sałatki etc. Wystarczy wybrać i dostajemy na talerzu zamówioną porcję (płatność za wagę). Byliśmy bardzo głodni, więc zaspani i nie do końca świadomi swoich decyzji zaczęliśmy wybierać posiłek. Kuba wybrał parówki z ziemniakami, a ja jajka ze spleśniałym chlebem..

Nadjechał pociąg. Wnętrze było czyste, zadbane i przestrzenne. W środku dostępne wi-fi, co ułatwiło nam znalezienie na szybko noclegu w Batumi przy samym morzu, za niewielką kwotę, u przesympatycznej młodej Gruzinki, o której świeżym poglądzie napisałam tutaj.


Miasto chachą płynące

Batumi powitało nas słońcem i widokami po raz kolejny zupełnie różniącymi się od tych z dni poprzednich. Wrażenie robiło morze i królujące nad nim wysokie szczyty, na których zalegał jeszcze śnieg. O tej porze roku w mieście było nadzwyczaj spokojnie. Dziwne budowle usytuowane na wybrzeżu zadziwiały kształtami. Niektóre z nich zostały wybudowane w interesujący sposób chyba tylko po to, żeby zastanawiać ludzi co też może się w nich znajdować. Dla dobra sprawy nie znajduje się w nich nic, a przynajmniej w niektórych. Wielkie koło młyńskie koło plaży, ruchomy pomnik Ali i Nino, zamknięta dla zwiedzających wieża gruzińskiego alfabetu, wieża Czaczy wraz z fontanną, z której raz w tygodniu przez 15 minut zamiast wody leci słynny gruziński samogon oraz wysoki spektakularny budynek z diabelskim młynem na szczycie to rzeczy, których nie sposób nie zauważyć.
Obowiązkowym punktem Batumi jest ogród botaniczny, toteż zostawiliśmy rzeczy w nowym mieszkaniu (oczywiście pojęcie „zostawić rzeczy” wiąże się jeszcze z wypiciem wina, które zawsze ofiarują gospodarze, a w tym wypadku również chachy) i popędziliśmy na marszrutkę nr 31. Po około 15 minutach jazdy pustą marszrutką, dotarliśmy na miejsce. Ogród jest dość duży, podzielony na sektory odpowiadające poszczególnym zakątkom świata. Podczas przeprawy towarzyszy nam widok na morze. Nie wiem czy byliśmy tak zmęczeni, że nie dostrzegliśmy piękna ogrodu, czy faktycznie rozkwita on w późniejszej porze (stawiam na ten wariant, tłumaczy to pustą marszturkę do tak wielkiej atrakcji). Mimo wszystko było kilka punktów, dzięki którym nie żałuję, że się tam znaleźliśmy.


Uroczy kicz Batumi

Wieczorem miasto zamieniło się w jeden wielki kolorowy kicz. Miało to co prawda swój urok i styl, jednak zdecydowanie wolałam oświetlenie Tbilisi. Choć również podświetlone było niemalże wszystko, to było to zrobione z jakimś wyczuciem. Batumi mieniło się wszystkimi kolorami, po przejściu kilkuset metrów czułam, że żeby tutaj pasować powinnam również owinąć się jakimiś bożonarodzeniowymi światełkami. Co więcej, po zapuszczeniu się w głąb miasta odkryłam, że niemalże wszędzie królują kasyna i to ogromne, potężne kasyna. Budynki te przytłaczały swoją obecnością, a jednocześnie zlewały się z równie wielkimi budowlami sakralnymi oraz hotelami. Oczywiście poza centrum miasta nie wygląda to już tak kolorowo. Odnoszę wrażenie, że centrum oraz wybrzeże usiłowano zrobić pod turystę pragnącego luksusu. 

Rzeczą, którą z pewnością trzeba zobaczyć w Batumi jest pokaz grających fontann na głównym placu. Muzyka od klasycznej, po rock 'n rolla i wybuchające w jej rytm gejzery cieszyły oczy, bardzo cieszyły.

Georgian Railway


Port w Batumi
Kot czekający na mięso





             








Komentarze

Popularne posty

Dzika Europa ukryta w Delcie Dunaju

Spreewald - kajakiem po krainie wandali

Kaniony Azji Środkowej – Skazka czy Charyn?