Dzika Europa ukryta w Delcie Dunaju

Dzika Europa ukryta w Delcie Dunaju



Często wyobrażałam sobie miejsce na końcu świata, w którym mogłabym odpocząć od zgiełku, cieszyć się nieskażoną przyrodą i pięknymi widokami, których nie zakłócało by stado turystów. Nigdy nie spodziewałam się, że takie miejsce znajdę właśnie w Rumuni. Z czym tak w ogóle kojarzy się ten kraj? Rumunia kojarzy się z Rumunami. Poniekąd to bardzo trafna odpowiedź, ale dlaczego Norwegia nie kojarzy się z Norwegami, Chorwacja z Chorwatami, a Hiszpania z Hiszpanami? Odpowiedź jest prosta, ludzie nic nie wiedzą o Rumunii oprócz tego jak nazywają się jej mieszkańcy, choć i tych myli się często z Romami. Co za tym idzie dla większości Cyganie i Rumuni to jedno i to samo, wszyscy kradną, żyją w biedzie, dziczy i biada temu, kto odważy się stąpać po ich ziemiach. A ja Wam powiem, że Rumunia to europejski, nieoszlifowany diament przepełniony cudami natury, życzliwymi ludźmi, legendami i niesamowitą aurą. Nie wszyscy ten diament mogą dojrzeć, bo ukryty jest pod grubą warstwą stereotypów, dlatego zachęcam do odłożenia ich na bok i zapoznania się z piękną, tajemniczą Rumunią.

Ten post poświęcony jest Delcie Dunaju, a dokładniej miejscowości na końcu świata, do której nie da się dojechać samochodem, ani żadnym innym pojazdem. Można tam jedynie dopłynąć...czyż nie brzmi wspaniale? Sulina wraz z całą Deltą pozostaje jednym z najdzikszych miejsc Europy i to wcale nie dlatego, że żyją tam niecywilizowane kolonie pradawnych ludów. Ludzie żyją tam w zgodzie z naturą, szanują ją i dlatego fauna i flora pokochała te tereny obdarowując je niezliczoną ilością unikalnych gatunków ptactwa i roślin. Jeżeli ptaki i rośliny brzmią nieciekawie, to dzikie konie i wielkie muszle na pewno podziałają na wyobraźnię.


Do czego potrzebna jest Tulcza?

Portowe miasteczko Tulcza nad Deltą Dunaju
Tulcza to miejscowość, z której startują wszystkie promy do Suliny, dlatego dotarcie do niej jest kluczowym elementem wyprawy. Ja (jak pisałam we wcześniejszych postach) do Rumuni dotarłam samochodem przez Ukrainę i Mołdawię co nie było najlepszym pomysłem, ale jednak się udało. Żeby dotrzeć do Tulczy trzeba przeprawić się promem z miejscowości Gałacz (bez obaw, na razie to tylko 15 minut płynięcia). Promy pływają co około pół godziny i nie są szczególnie drogie, a na jeden wchodzi około 30 osobówek i 3 tiry no i oczywiście osoby bez samochodów. Po przeprawie pozostaje 1,5 godziny prostej, dobrej drogi, która prowadzi do Tulczy. Zaskoczyło mnie to, że mimo późnej pory każda nawet najmniejsza wioska tętniła życiem. Bardzo dużo młodzieży przechadzało się z piłkami w rękach, inni siedzieli w dość licznych grupkach dyskutując na świeżym powietrzu.

Tulcza jest prawdopodobnie dość ciekawym miastem do dłuższego pobytu, a przynajmniej czytałam dużo relacji, w których była chwalona. Ja zobaczyłam ją tylko pobieżnie i mimo że prezentowała się bardzo dobrze to nie zatrzymała mnie na dłużej.


Przeprawa promem Tulcza-Sulina praktycznie

Widok na Deltę Dunaju z promu NavromPromy do Suliny odpływają codziennie o godzinie 13:30, a podróż zajmuje około 4 godzin. Jest to najtańsza opcja dotarcia do tego miejsca, ale równoznaczna z tym, że musimy zostać w Sulinie na noc. Powrotny prom startuje codziennie o godzinie 7:00. Wszystkie informacje zawarte są na stronie http://romaniaandmoldova.com/romania/northern-dobrogea/danube-delta/danube-delta-ferries-and-hydrofoils/. Warto zapamiętać, że promy te nazywają się Navrom. Bilety są do zakupu bezpośrednio przy deptaku, blisko którego są zacumowane. Koszt to około 45LEI/os w jedną stronę. Powrotny bilet wystarczy kupić w Sulinie pół godziny przed startem.

Droższą opcją jest podróż łódką, ale dzięki temu jest się na miejscu o wiele szybciej. Koszt podróży łodzią to około 60LEI/os. Startują one o różnych porach, ale na wszystkie pytania i wątpliwości na miejscu odpowiadają chętnie ARBDD Tulcea (Instytut Badań zajmujący się biosferą Delty Dunaju). Siedziba znajduje się przy deptaku obok portu i mówią tam dobrze po angielsku.

Osobiście wydaje mi się, że lepiej wykupić rejs łódką już w samej Sulinie. Wpływa się wtedy w odnogi Dunaju i można zobaczyć więcej ciekawych rzeczy, a podróż z samej Tulczy odbywa się głównym i uczęszczanym szlakiem, który nie może się równać z bocznymi pod względem doznań wizualnych.

Dla zmotoryzowanych: koło portu są parkingi, ale ciężko znaleźć wolne miejsce. Jeżeli płyniecie na weekend (my wypływaliśmy w piątek i wracaliśmy w niedzielę rano) to można zagadać z ludźmi ze wspomnianego wyżej ARBDD Tulcea, czy nie udostępnili by parkingu dla pracowników. W weekendy ich parking stoi prawie pusty, a dodatkowo jest strzeżony.


Kierunek: koniec świata!

Plecak na plecach, w ręce namiot, śpiwór i woda. Na statku bardzo dużo ludzi. Dostrzegam, że również mają plecaki i dodatkowo wielkie torby. Mimowolnie nasuwa się myśl, że jednak zmierzam do gwarnego, turystycznego miejsca i nici z planów o spokoju i poczuciu, że jestem gdzieś z dala od wszystkich...znowu wszędzie będą turyści...Cóż, na szczęście się pomyliłam. Większość z tych ludzi to mieszkańcy Suliny oraz małych miejscowości, przy których statek zatrzymywał się po drodze. W torbach było jedzenie i rzeczy codziennego użytku. Zaciekawiona podbiegłam do burty, gdy statek zacumował. Na brzegu stali już zadowoleni członkowie rodzin/przyjaciele, którzy ochoczo rzucali się do pomocy w rozładunku. W mniejszych wioskach w otoczce prowizorycznego pomostu wyglądało to spektakularnie. Podczas 4 godzinnej trasy przewinęła się cała masa wędkarzy w różnym wieku, którzy przyczajeni w swoich łódkach cierpliwie czekali. Przewinęło się też sporo motorówek i innych statków, bo nie tylko do Suliny Dunaj prowadzi. Innym popularnym kierunkiem jest np. Sfantu Gheorge, ale to już dłuższa wycieczka.

Rumunia Sulina mieszkańcyRumunia Delta Dunaju







Rumunia Delta Dunaju
Wędkarze w Delcie Dunaju


















Nocleg znajdzie was sam

W Sulinie każdy przypływający prom, który jest potencjalnym dostawcą turystów wita poczet mieszkańców dzielący się na ludzi rozdających ulotki oraz bezpośrednio proponujących nocleg. To dla nich świetny biznes, bo gdzieś spać trzeba. Ceny są przeróżne i zależą głównie od umiejętności targowania, a nie od jakości pokoju.

Z centrum i przystani do plaży jest około 25 – 30 minut na nogach, a przy plaży jako tako nie ma miejsc noclegowych, ani żadnych domów. Namiotu też nie można rozbijać gdzie popadnie, bo Delta Dunaju to Rezerwat Przyrody. Można natomiast zapytać mieszkańców, czy byłoby problemem rozbicie się u nich w ogródku. Podobno zazwyczaj nie mają nic przeciwko, ale jeśli ktoś nie chce nadużywać gościnności i chce mieć mimo wszystko blisko do plaży (my) to jest jedno takie miejsce. Żeby tam dojść trzeba kierować się w stronę plaży i jakieś 500m za cmentarzem skręcić w prawo. To domek pewnego rastamana, który za drobną opłatą (20LEI) udostępni kawałek ziemi, kuchnię polową, stare ale jare rowery oraz prysznic i toaletę z pająkami. Jeśli jest ktoś kogo to zniechęciło, to założę się że nigdzie indziej nie dostaniecie na powitanie kolacji z płaszczki oraz powitalnej palinki z gospodarzami i ich przyjaciółmi. Nadal nie umiem opisać smaku płaszczki, ale dobrze zagryzało się nią ponad 80% alkohol.

Mini pole namiotowe przy plaży w Sulinie














Transport

Praktycznie wszystkie samochody, które znajdują się w tej miejscowości to taksówki, które służą głównie do przewożenia ludzi na plażę i z plaży. Reszta porusza się łódkami i rowerami. W centrum jest wypożyczalnia rowerów (25LEI/dzień), ale niektórzy miejscowi udostępniają swoje rowery przy okazji zakwaterowania.

Muszle nad Morzem Czarnym w Rumuni








Jak jest w Sulinie?

Sulina to kilka światów, które idealnie ze sobą współgrają. Połączenie rzeczy „na potrzeby turysty” z naturalnym biegiem życia tej małej miejscowości to prawdziwy sukces. Późniejszym popołudniem z plaż znikają wszyscy turyści, a pojawiają się grupki bawiących się ze sobą psów i mewy. W weekendowe noce plaża jest nieco bardziej żywa, ze względu na organizowane tam beach party. Mimo tego wystarczy odejść gdzieś na bok i już mamy błogi spokój, a ten kto raz popatrzy w nocne niebo już zawsze będzie za nim tęsknił.
W dzień plaża jest zapełniona, ale tylko tam, gdzie są parasolki i leżaki. Wystarczy odejść kilka metrów w bok i na horyzoncie nie ma nic innego niż morze przed nami, za nami odnogi Dunaju i przycumowane do brzegu łódki oraz tysiące wielkich muszli. Część tych widoków można oczywiście podziwiać z leżaka, pod parasolem i całe szczęście, że większość ludzi wolała tak właśnie spędzać czas. Lepiej dla fanatyków spokoju i nieskażonej natury. Polecam wybrać się na plażę rowerem i od razu bez zbędnego beduizmu dojechać do dziewiczego miejsca (byle nie za daleko, bo na końcu znajduje się wstęp na teren bazy wojskowej, a w zasadzie zakaz wstępu).
Morze jest ciepłe i niewiarygodnie płytkie. Podczas przejażdżki motorówką, gdzieś na morzu jeden z chłopaków płynących na motorówce obok wyskoczył do wody. Miał jej trochę ponad kolana. Mimo to można natknąć się na niewiarygodnie wielkie okazy meduz (prawie przy brzegu).
Całe życie toczy się nieustannie przy deptaku obok portu, gdzie znajduje się kilka restauracji, sklepików i piekarnia (pieką pysznie!) Na każdym restauracyjnym ogródku siedzą ludzie, wesoły pan z harmonią dosiada się do stolika obok i zaczyna śpiewać szanty, radośnie dołączają do niego inni goście. Po kilku piosenkach idzie dalej wzdłuż portu i pozostawia za sobą coraz to cichszą melodię. Z restauracji obok wybiegają goście weselni dając kolejne przedstawienie. Przygarbiona babcia zatrzymuje się koło murka, na którym siedzę, patrzy na mnie i serdecznie się uśmiecha jakby chciała powiedzieć „Widzisz dziecko, jestem tutaj szczęśliwa”.
Po opuszczeniu głównego deptaka cisza. Krowy i konie chodzą samotnie swoimi drogami i wszystko wskazuje na to, że gwar, którego było się przed chwilą świadkiem to urojenie osoby, która tak długo przebywała bez towarzystwa, że postanowiła go sobie wymyślić. Ale to nie urojenie, to po prostu Sulina.
Spacerując warto zajrzeć do starej latarni morskiej. Jest w środku lądu, bo morze z roku na rok coraz bardziej się odsuwa. Warty uwagi jest też cmentarz, podobno leży tam księżniczka, piraci, a nawet nasz rodak.

Sulina Rumunia Morze CzarneBezludna plaża w Sulinie










Cmentarz przy drodze na plażę w Sulinie








Dzikie konie przy drodze na plażę w Sulinie
Wesele na głównym deptaku w Sulinie










Rejs w odnogi Delty Dunaju

To jest element obowiązkowy. Nie poznamy Delty nie zapuszczając się w jej odnogi, a najlepiej zrobić to na prywatnej wycieczce, którą oferuje wielu mieszkańców. Wtedy mamy zagwarantowane , że zobaczymy tak bardzo pożądane pelikany, dzikie konie i będziemy mogli doświadczyć przepłynięcia wąskimi kanałami wśród trzcin. Taka opcja gwarantowana jest dla osób, które nie mają ograniczeń finansowych.

Dla osób spłukanych pozostaje opcja zwiedzenia odnóg ze zorganizowaną wycieczką. Nie trudno taką znaleźć bo reklamy są rozstawione niemalże na całym deptaku wzdłuż portu, ale trudno znaleźć taką, która będzie wystarczająco długa, tania i zobaczymy pelikany! Większość organizatorów mówiła: nie będzie już dzisiaj pelikanów. Nie wiedziałam czy chodzi o to, że nie chcą mi ich pokazać, czy pora była zbyt późna, ale nie można się poddawać. W końcu ktoś odpowiedział: Będą pelikany! I faktycznie były i to dużo pelikanów, czaple, jakieś inne dziwne ptaki, latarnie morskie, wrak statku, podróż przez tunel z traw i zachód słońca nad Dunajem...Wycieczka trwała 2 godziny. To stosunkowo dość krótko, ale jak widać wystarczająco, żeby uszczęśliwić. 

Rejs po Delcie Dunaju z miejscowości Sulina


Rejs po Delcie Dunaju
Wrak statku na Morzu Czarnym w Rumuni

Latarnia morska w miejscowości Sulina
Dzikie ptaki w Delcie Dunaju













Dwa oblicza Odessy

Dwa oblicza Odessy

Zwiedzanie Odessy

Czy tylko ja wyobrażałam sobie, że w Odessie końcem sierpnia panują niemiłosierne upały dochodzące do plus 30 stopni? Na pewno nie tylko, bo zazwyczaj tak właśnie jest. Podczas mojego pobytu w pierwszy dzień chodziłam w kurtce, a na plaży siedziałam w bluzie trzęsąc się z zimna. Kolejny dzień to sypiący piaskiem w oczy wiatr i nadal niedosyt ciepła, ale postanowiłam być twarda i ubrać sukienkę! Zazwyczaj odczuwam kilkakrotnie niższą temperaturę niż inni, dlatego troszkę brakowało mi chociaż chwili upału. Na całe szczęście nie jestem jednak fanką bezczynnego leżenia na piasku i morskich kąpieli, a do zwiedzania upały nie są potrzebne. W zasadzie jak sobie pomyślę o transporcie publicznym, to nawet dobrze, że ich nie było...

Jak poruszać się po Odessie?

Co nieco o poruszaniu się po tym mieście samochodem napisałam w poprzednim poście, ale w ramach przypomnienia: do jazdy trzeba przywyknąć i mieć oczy dookoła drogi. Nigdy nie wiadomo co skąd wyskoczy i jaki manewr postanowi wykonać kierowca przed nami.

Marszrutka w OdessieBardzo popularny środek transportu stanowią marszrutki, które bywają przepełnione do tego stopnia, że ostatnia osoba musi walczyć, żeby nie wypaść, kiedy kierowca zjeżdżając na przystanek postanowi otworzyć drzwi jeszcze w trakcie jazdy. Z kolei kiedy je zamyka i szaleje na drogach gwałtownie hamując, osoba ta jest przygniatana przez innych i ogólnie panuje lekkie zamieszanie, ale nikt nie jest tym zbulwersowany ani zdziwiony, też więc udawałam, że wygodnie mi z twarzą przyklejoną do szklanych drzwi. Marszrutki jeżdżą o bliżej nieokreślonych porach, ale zazwyczaj nie trzeba na nie długo czekać. Warto również wiedzieć, że aby takową przywołać należy dać wyraźny znak kierowcy czyli np. machać do niego rękami (oczywiście na przystanku), w innym przypadku możemy zostać olani. Przejazd kosztuje 5UAH i jest płatny u kierowcy przy wysiadaniu. Pojawia się pytanie jak zapłacić przy wysiadaniu kiedy stoimy ściśnięci w samym tyle i nie ma przejścia? Sposób jest prosty, chociaż mało oczywisty. Podajemy pieniądze osobie przed nami, ona podaje dalej i tak nasze pieniądze trafiają przez 10 innych rąk do kierowcy. Kiedy nie mamy wyliczonej kwoty kierowca wydaje resztę i tą samą drogą pieniądze do nas wracają. Proste i trochę niewiarygodne. Kolejna sprawa to sposób wysiadania, kiedy jesteśmy w tyle. Kierowca nie zatrzymuje się na przystankach, jeśli ktoś nie da mu wyraźnego znaku, dlatego trzeba głośno wykrzyczeć „Zadnieeeeee!”, co chyba znaczy „tylne”, w każdym razie – działało. Marszrutki często są w kiepskim stanie i podczas jazdy nawet osoba nie będąca mechanikiem może zdiagnozować różnego rodzaju usterki. Zapach spalonych hamulców i odgłos stukających części są charakterystyczne dla tych pojazdów.

Raz pojawił się problem ze znalezieniem odpowiedniego przystanku ze względu na to, że każdy przechodzień kierował nas na inny. Wtedy odkryliśmy, że w Odessie również działa Uber, chociaż jest o wiele mniej popularny niż w Kijowie i cudem znaleźliśmy kogoś do podwózki. Tam Uberem mogą być samochody, które nie mogą być nimi w Polsce, ze względu na zbyt niski standard. Cena to około 1zł/km

Popularnym środkiem komunikacji są też tramwaje, które również jeżdżą kiedy chcą, za to jest w nich mniej tłoczno i jakoś tak spokojniej.


Odiesity, jak się z nimi dogadać?

Tak właśnie nazywają siebie zarówno rdzenni mieszkańcy jak i ci, którzy przybyli w te rejony i postanowili zostać już na zawsze. Podczas całego pobytu wzbudzaliśmy niekryte zaciekawienie zwłaszcza wśród ludzi, którzy pracowali poza centrum. A trzeba podkreślić, że mieszkaliśmy na totalnych obrzeżach. Kilka razy zdarzyło się, że ktoś do nas podchodził i pytał skąd jesteśmy słysząc nasz język, ale były to zazwyczaj młode osoby.
Niestety nie mogę powiedzieć, że ze wszystkimi mieszkańcami Odessy bez problemu da się dogadać, bo stanowiło to czasami duży problem. Sumując wszystkie sytuacje, w których brałam udział, mieszkańców można podzielić na trzy grupy. Pierwsza grupa to osoby, które słysząc obcy język od razu podejrzliwie patrzą, a zapytani o cokolwiek nieco poddenerwowani mówią coś pod nosem i odchodzą. Zdarzyło się też, że nie zostaliśmy obsłużeni w barze/restauracji poza centrum (menu w języku angielskim poza głównymi deptakami to rzadkość, a pracownicy nie kwapią się do obsługi). Wydaje mi się, że dogadanie się z obcokrajowcem, który nie jest Rosjaninem to dla nich dość duży stres, dlatego wolą nie próbować. A może po prostu się im nie chciało. Wiadomo, że dwóch ludzi chcących się porozumieć zawsze to zrobi, choćby mieli grać w kalambury. I oni właśnie stanowią drugą grupę. To osoby również totalnie nie znające innego języka niż ukraiński, ale ze wszystkich sił próbujące pomóc. Przykład takiej osoby to babcia zamiatająca chodniki, która gestykulowała całym swoim ciałem, żeby tylko wskazać nam właściwą drogę do produktowego magazynu (sklep spożywczy) Dodatkowo bardzo ucieszyła się, że jesteśmy Polakami. Na wyróżnienie zasługuje też młoda kelnerka w karczmie na plaży, która stojąc przy naszym stoliku udawała kurczaka i świnkę, dzięki czemu mogliśmy zamówić pyszny posiłek, podczas gdy było dostępne tylko ukraińskie menu. Co prawda kebab okazał się kiełbasą, ale i tak było smaczne. Było jeszcze wiele innych osób, dzięki którym udało nam się nie tylko uzyskać informacje, ale również świetnie bawić podczas próby komunikacji. Trzecia grupa to osoby znające podstawy angielskiego, czyli pracownicy knajp na głównym deptaku, hoteli oraz nieliczni młodzi. Pamiętam sytuację, kiedy zastanawialiśmy się w marsztutce, gdzie może być główny deptak i nagle, gdzieś z boku usłyszeliśmy niepewny głosik „I will show you”. Najprawdopodobniej wyhaczyła jakąś nazwę własną z naszej rozmowy i tym oto sposobem dwie nastolatki zaprowadziły nas do określonego miejsca, po drodze jeszcze trochę rozmawiając. Później odchodząc słyszeliśmy jak tryskając radością mówią do siebie „jesteśmy anglistki!”, urocze.


Nowe, czy stare? Wesołe, czy smutne?

Wiecie jak wyobrażałam sobie Odessę oprócz tego, że jest tam gorąco? Tak jak pokazuje ją google grafika: typowy kurort nadmorski, w którym roi się od wielkich, zadbanych budynków, pięknych piaszczystych plaż, barów, imprezujących ludzi i innych typowych dla kurortu rzeczy. I po części dobrze to sobie wyobrażałam, ale te wszystkie piękne zdjęcia to tylko jedno z dwóch obliczy Odessy.

Po wjeździe do miasta oczom ukazały się szare rozpadające się budynki. Przed niektórymi, były zrobione prowizoryczne boiska do gry w piłkę. Na torach obok głównej drogi stały zabytkowe tramwaje, które ozdabiały miasto, ale już od dawien dawna nie funkcjonowały. Przynajmniej tak to wyglądało do czasu, aż do któregoś z nich wsiedli pasażerowie i pojechał. Nie mogłam nadziwić się, jak te tramwaje mogą jeszcze jeździć, ale ten widok mnie fascynował. Na drogach nówki kontra stare łady (a może tylko wyglądały jak nówki przy ładach?). Jestem fanką starych samochodów, dlatego Odessa była dla mnie rajem motoryzacyjnym. Czułam się tam jak na europejskiej Kubie. Dodatkowo dużo z tych staroci było nieco przerobionych. Zdecydowanie pasowały do tego miasta i to pozytywnie.

Stary samochód na peryferiach Odessy










Mieszkania, w którym mieliśmy spać nie znaleźliśmy. Pod podanym numerem była rozklekotana, zardzewiała brama prowadząca na podejrzane podwórko, na którym nie było śladu po czymś, co można by było nazwać mieszkaniem. Dzielnica była lekko mówiąc nieprzyjemna i bogata w zataczające się osoby. Przenieśliśmy się więc do innej, która prezentowała się nieco lepiej (spaliśmy w Hotelu Gaudi), ale raczej nie była nastawiona na turystów szukających rozrywki. Na turystów była za to nastawiona plaża i mała promenadka, ale za to turystów nie było tam prawie w ogóle. Jak wyglądało to nastawienie? Rozpadające się budki oferujące alkohol i fastfoody, na ladzie poukładane słodycze obok nich suszone ryby. Przed budkami na krzesełku wystawiony koszyk z krewetkami. W restauracji, która wyglądała tak jakby ktoś zupełnie bez gustu, na siłę chciał zwrócić na nią uwagę po menu chodziły gąsienice. Nie wszystko jednak było takie na jakie wyglądało. W jednej z rozpadających się budek miły chłopak przygotował dla nas pysznego hamburgera (50UAH). Starał się bardzo i wyszło. Niedaleko znajdowała się też karczma, o której wcześniej wspominałam. Jedzenie było przepyszne, dodatkowo obsługa okryła nas kocami (był zimny wieczór, a stoliki stały na plaży). Wszystko umilał stary pan DJ, który nie tylko puszczał piosenki, ale również je śpiewał. Bar był przygotowany na huczne i długie posiadówki, a klientami byli sami faceci, którzy wyglądali na miejscowych. Wracając późnym wieczorem widać rozstawiony namiot, w nim 5, może 10 pluszaków i ustawione puszki. Za zbicie wszystkich można wygrać maskotkę. W środku siedzi młody chłopak z nadzieją czekający na klientów, których już raczej tego wieczoru nie spotka. Oprócz sprzedawców nikogo więcej nie widać. Nie można nazwać tej dzielnicy luksusową, ale za to można odkryć tam trochę prawdziwości.

Gdzie zatem toczy się całe życie tego miasta? Wszystko zaczyna się na ulicy o nazwie Deribasovskaya. Jest tam cała masa knajpek, barów oraz istne tłumy ludzi. Przy tej ulicy możemy znaleźć jedne z najdroższych ofert, ale wystarczy zboczyć trochę z głównej drogi i rozkoszować się mniej popularnymi miejscówkami, serwującymi równie pyszne dania, za mniejszą cenę. Polecam Coffe Croissants gdzie serwowane są rogaliki pod różnymi postaciami, do wyboru jest dużo rodzajów kawy no i ciasta...nie przypominam sobie, żebym jadła gdzieś lepsze ciasto z tropikalną masą budyniową. Nie wiedziałam, że takie istnieje. Cena za ciastko i kawę to około 100UAH. Niedaleko od głównego deptaka znajduje się większość atrakcyjnych budowli, do których należą: Teatr Opery i Baletu w Odessie, Bulwar Nadmorski, Pasaż, ratusz miejski, port, Schody Potiomkinowskie (obok nich działa darmowa kolejka, gdyby komuś nie chciało się wchodzić po 192 stopniach), masa pomników (w tym pomnik Adama Mickiewicza) oraz zwracające na siebie uwagę kamienice. Nieco dalej monaster św.Pantelejmona, dworzec kolejowy i coś co jest obowiązkowym punktem - Bazar Privoz. Tam spotkamy się z gwarem, tłokiem i setkami lokalnych ludzi, którzy przyszli najzwyczajniej w świecie na zakupy. A co można kupić? Owoce, warzywa, ryby mrożone, suszone, przyprawy, podrabiane markowe ciuchy, świeże mięso, jednym słowem wszystko.

Jedna z głównych atrakcji Odessy, czyli wielkie schody Potiomkowskie

Główna ulica Odessa

Opera Odessa


Hotel w Odessie przy Bulwarze nadmorskim
Bulwar nadmorski w Odessie



Bazar Privoz Odessa














Muszle, glony i meduzy.

Plaża, która znajdowała się obok naszego hotelu w pierwszy dzień była pusta, a w drugi wszyscy się z niej zbierali, bo nadchodził deszcz. To co zwracało uwagę to fakt, że na plaży prawie w ogóle nie było widać piasku. Plaża składała się w większości z rozdeptanych muszli. Do brzegu dopływały kolejne glony, tworząc barierę nie do przejścia, bo w nich zaplątane były meduzy. Ale niektórzy się kąpali, przede wszystkim dzieci...Wśród ludzi przechadzał się mężczyzna z zawieszonymi na rękach i szyi suszonymi rybami, gdyby ktoś zgłodniał. Gdy tylko plażowiczów zaczęło ubywać, całą plażę przejęły mewy wyszukując resztek pozostawionego po nich jedzenia i wyłudzając jedzenie od tych, którzy jeszcze nie zdążyli się zebrać.

Plaża w Odessie Muszle


Plaża w OdessiePlaża w Odessie































Istny cyrk

Najsmutniejszym widokiem, który niestety był nieodłączny podczas przechadzania się po miejscach, w których mieszkańcy spodziewali się turystów, były wykorzystywane zwierzęta. Mini zoo przy restauracji, gdzie małpy, kangury i jaszczurki siedziały za przeszkloną szybą w pomieszczeniach około 2x1. Na środku przejścia stała mała klatka ze zrezygnowaną kapucynką, do której od czasu do czasu podbiegały uśmiechnięte dzieciaki. Obok małe oczko wodne, którego przestrzeń dzieliły ze sobą ściśnięte łabędzie i żółwie, a na głównym deptaku dużą popularnością cieszyły się przebrane w różowe ubranka kucyki, które przez cały dzień woziły na sobie małe księżniczki. I koń przemalowany na kucyka Ponny...trzeba przyznać, że to dość niecodzienny i przykry widok, szczególnie kiedy dosiada go około 23 letni chłopak i z dumą kroczy przez miasto prowadzony na lonży. Lubię jazdę konną, ale to w żadnym wypadku nie przypominało zdrowego sportu.

Kolorowy kucyk Odessa










Wypłynąłem na suchego przestwór oceanu...

Pamiętacie słynne „Stepy Akermańskie” Mickiewicza? Ja też nie, ale pobyt w Białogrodzie nad Dniestrem to świetny powód, żeby je sobie przypomnieć. Właśnie w tych rejonach napisał swoje dzieło nasz polski poeta, ale nie po to warto tam pojechać. Znajduje się tam Twierdza Akerman z przełomu XIII i XV wieku i zapewniam, że warto pofatygować się do niej te 80km z Odessy. Najlepiej przyjechać z samego rana, kiedy nie ma jeszcze zbyt dużo zwiedzających i cieszyć się pięknymi widokami, siedząc na murach fortecy. Teren do zwiedzania jest dość duży, ale nie da się nie zauważyć straganów z pamiątkami, jedzeniem itd. itp. Osobiście wolę, kiedy opuszczone miejsca są opuszczone, a nie pożerane przez turystykę, ale i tak warto. Wstęp około 50UAH.

Twierdza Akerman Białogród nad Dniestrem

Twierdza Akerman Białogród nad Dniestrem
Twierdza Akerman Białogród nad Dniestrem



Samochodem po Ukrainie – 1353km wzlotów i upadków

Samochodem po Ukrainie – 1353km wzlotów i upadków



Niewiele osób rozważa opcję podróżowania po Ukrainie samochodem. Z zasłyszanych i przeczytanych opinii wnioskuję, że większość boi się takiego przedsięwzięcia ze względu na powszechnie panującą opinię o okropnym stanie dróg. Obawy nie wzięły się z powietrza, ale nie dajmy się zwariować. O co zapytali mnie znajomi, ubezpieczyciele i osoby, z którymi miałam przyjemność podzielić się planami o przemierzeniu tego kraju własnym samochodem?
1) Samochodem? Przecież tam dróg nie mają.
2) Samochodem? No to zawieszenie szlak trafi.
3) Samochodem? Przecież Ci go ukradną, w najlepszym wypadku tylko obrabują
4) Na Ukrainę? Przecież tam jest wojna, a blondynki porywają.

Miałam już małe doświadczenie, które zyskałam podczas podróży do Lwowa , chociaż wiadomo – wschód kraju nie musi równać się zachodowi, a podczas podróży przekonałam się, że już na pewno nie równa się jego południu! Jedno jest faktem. Ludzie boją się Ukrainy, bo niebezpiecznie, bo nas tam nie lubią, bo dziko i niecywilizowanie. Większość w ogóle nie bierze pod uwagę wybrania się do naszych wschodnich sąsiadów, a już na pewno nie na własną rękę no i broń boże własnym samochodem!

Postanowiłam sprawdzić, czy obawy są słuszne, bo fascynował mnie ten nieco dziewiczy kraj. W dwuosobowym składzie przejechaliśmy około 1353km po ukraińskich drogach i myślę, że spokojnie mogę powiedzieć co nieco o tym, czy faktycznie jest to aż tak niebezpieczna i szalona wyprawa. A w zasadzie opowiem o tym, gdzie czułam się pewnie, a w których momentach przysięgałam, że gdybym wcześniej wiedziała co mnie czeka, nigdy nie wzięłabym samochodu. Chociaż wiadomo, z perspektywy czasu miło wspomina się momenty, w których był stres, adrenalina i niewiedza.

Jako bonus na końcu dodam parę słów o „drodze przez piekło” - nadałam jej tą dumnie brzmiącą nazwę nie bez powodu. Wszystko zawdzięczam temu, że nasza trasa marzeń nie prowadziła tylko przez Ukrainę, ale również Mołdawię, aż do Rumunii.



Droga z Polski do Kijowa

Zaczynamy na przejściu granicznym w Korczowej (tam też mogliśmy zakończyć podróż, bo po około 14 godzinach czekania okazało się, że nie mam podbitego przeglądu – nie będę się na ten temat rozpisywała, bo w takim wypadku nikt nie wjedzie na teren Ukrainy, a nam udało się to można powiedzieć przez przypadek). Polecam również przejście w Hrebenne, bo niezależnie od tego, które przejście wybierzemy, drogi prowadzące do Lwowa są w stanie bardzo dobrym. Przejeżdżamy przez Lwów i wskakujemy na drogę E40, która wiedzie prosto do Kijowa.
Szczerze mówiąc sama nie spodziewałam się aż tak dobrej drogi. Prawie przez cały czas mamy do dyspozycji dwa pasy, dobre oznakowanie, co jakiś czas ledowe tablice z temperaturą powietrza i temperaturą drogi (50 stopni). To co lekko niepokoiło to mnóstwo różnorakich części samochodowych na poboczach i czasem niespodziewanie na drodze pojawiały się krowy, ale to zdarzało się tylko podczas przejazdu przez wioski. Na parkingach co jakiś czas dostępne były betonowe kanały, w razie jakby się coś zepsuło. Widziałam dużo sytuacji, kiedy kanały te były zajęte i usilnie przywracano na nich do życia zabytkowe pojazdy, bo jak wiadomo Ukraina z takich słynie i nie jest to mit. Częstym widokiem na drodze były też rozjechane psy, a podczas przejazdu przez miasta piękne cerkwie (idealne zestawienie). Podsumowując: jeśli chcesz jechać do Kijowa samochodem nie masz się czego obawiać, drogi są w porządku! A po mieście najlepiej poruszać się metrem, ale to opisałam TUTAJ














Droga z Kijowa do Odessy

Tutaj też zaczęło się całkiem obiecująco. Oczywiście nie sposób przeoczyć towarzyszące przez całą drogę pola słonecznikowe i czarnoziemy. Droga E95 na pierwszych 100km była tak dobra, że ponosiła fantazja, że tak będzie już zawsze. Po tych 100km nawierzchnia nieco się pogorszyła. Jeżeli miałabym to teraz oceniać, to droga była nadal dobra, ale nieco gorsza od poprzedniej. Wszystko przez to, że po przejeździe po mołdawskich drogach mam już zupełnie inną skalę oceny ich jakości. Na szczęście zapisywałam wszystko na bieżąco i wiem, że wtedy stanowiła ona problem. Nie ze względu na dziury, a wręcz przeciwnie. W dalszym ciągu były dwa pasy, tyle że ten prawy często wyglądał tak, jakby go ktoś zmarszczył. Robiły się na nim fałdy z asfaltu. Nie wiem jak to inaczej ująć. To nieco spowalniało, chociaż inni kierowcy (prawdopodobnie znali drogę na pamięć) jechali po niej nadal 100/h, albo i więcej. Przemierzając właśnie tą drogę zostawiłam na barierce lakier z 4 elementów prawego boku samochodu, ale nie traktuję tego jako wydarzenie, które w Polsce na pewno nie miało by miejsca. Czasem zdarza się, że ktoś zajeżdża Ci drogę i uciekasz lekko na prawo, żeby uniknąć stłuczki. A że akurat tam była mulda, która wybiła nas na barierkę no cóż...to już może trochę bardziej ukraińskie. W każdym razie to był pierwszy i jedyny raz, kiedy coś uszkodziło się w samochodzie, co jest bardzo zabawne, bo jakby na to nie patrzeć była to jedna z lepszych dróg.



Tak właśnie wyglądała droga dojazdowa. Drogi w samej Odessie były raczej dobre, ale tam coś innego bardzo uprzykrzało życie i osobom o słabych nerwach radzę przygotować się psychicznie na mały stresik. Kierowcy...jak ja uwielbiam tą mentalność, kiedy wszyscy zajeżdżają sobie drogę, trąbią, wpychają się, zatrzymują na torach, na rondzie jednopasmowym nagle ktoś Cię wyprzedza. Po pewnym czasie już w ogóle zapominasz o tym, że masz kierować się tam gdzie prowadzi nawigacja i kierujesz się tam gdzie pędzi tłum, bo masz wrażenie, że inaczej zginiesz. Zaczynasz czuć się jak w grze wyścigowej, w którą grają sami nowicjusze z kiepskimi samochodami, którym nie żal jest ich rozwalić, byleby Cię wyprzedzić. Gdzieniegdzie na środku tego wszystkiego stoi dumnie policjant i usiłuje kierować ruchem, ale tak naprawdę nikt nie zwraca na niego uwagi. No dobra, trochę przesadziłam, ale takie właśnie było pierwsze wrażenie. Po chwili jazdy da się do tego przyzwyczaić, a kluczem do sukcesu jest skupienie się i wykonywanie sprawnych manewrów w momencie, gdy ktoś nagle wykona ruch, którego się nie spodziewaliśmy.



Nadzieja umiera ostatnia – totalne południe Ukrainy

Ciężko mi opisać to co zobaczyłam na południu Ukrainy, bo domyślam się, że większość osób nie jest sobie w stanie tego wyobrazić, a przynajmniej moje wyobrażenia przerosło to kilkukrotnie. Nie sądziłam, że coś takiego można oznaczyć na mapie jako drogę. Zacznijmy od tego, że z Odessy wybraliśmy się do Białogrodu nad Dniestrem, żeby zobaczyć słynną twierdzę Akerman. Droga do twierdzy była co jakiś czas pofałdowana, ale dało się bezpiecznie jechać. Schody zaczęły się przy trasie z Białogrodu do Bołgradu, gdzie mieliśmy przekroczyć granicę z Mołdawią. Po kawałku w miarę dobrej drogi, droga się skończyła. Brak asfaltu, kamienie i olbrzymie dziury jedna koło drugiej zmuszały do zatrzymania się i zastanowienia jakby tu przejechać, żeby nie rozwalić miski z olejem. Później po około pół godzinnej męce robił się kawałek drogi asfaltowej (około 3km), w której również były dziury, ale nie aż takie. Następnie oczom ukazywała się istna nówka, droga z marzeń. Wtedy to wracały nadzieje, że na pewno droga z dziurami bez asfaltu to był tylko kawałek, którego nie zdążyli zrobić. Nie był. Nówka droga ciągnęła się maksymalnie przez 5 km i nagle wszystkie marzenia znikały. Znów pojawiała się droga bez asfaltu, z coraz większymi dziurami. I tak było przez 170km. Bardzo zła droga, średnia droga, wspaniała droga, bardzo zła droga, średnia droga....oczywiście cała trasa z przewagą bardzo złej.

Drogi na Ukrainie
Stan dróg na Ukrainie

Drogi w Odessie Ukraina
Drogi na południu Ukrainy










toalety na UkrainieNie mogłabym pominąć tematu toalet na Ukrainie. Po pobycie w Gruzji nie zadziwiło mnie to, że WC to po prostu dziury w podłodze i niejednokrotnie brak jakichkolwiek zasłon. Wszystko jest zrobione tak, że po wejściu można podziwiać wszystkich w trakcie korzystania z toalety. W wielu miejscach wprowadza się już normalne WC, ale wtedy można spotkać się z instrukcją obsługi (zdjęcie). Zabawne, ale kiedy mieszkałam w Niemczech z większą ilością Ukraińców i była wspólna toaleta, to czasem widziałam ślady butów na desce...już wiem dlaczego.


Przejście graniczne Ukraina – Mołdawia

Niby przejście na zadupiu, niby nie tak dużo samochodów, ale granica Ukrainy to granica Ukrainy – swoje trzeba odstać. Około 2 godzin spędziliśmy na przejściu granicznym w Bołgradzie, ale później wszystko ruszyło dość sprawnie. Przebieg ten sam jak przy przejściu granicznym z Polską, czyli praktyka karteczki, na której trzeba zebrać 3 pieczątki (kontrola samochodu, kontrola osobista, kontrola dokumentów samochodu). Oczywiście zostaliśmy zapytani czy nie wywozimy nielegalnych rzeczy takich jak gaz pieprzowy, który akurat mieliśmy ze sobą (mógł się przydać w rumuńskich górach i jak na złość na każdej granicy pytali czy przypadkiem go nie mamy), ale go nie znaleźli. Podczas kontroli osobistej Kubie chcieli ogolić brodę, bo nie widzieli podobieństwa ze zdjęciem paszportowym – warto dbać o odświeżanie swojego wizerunku w dokumentach. Po odprawie jedzie się około 2 kilometrów i następuje kontrola mołdawska. Po drodze spotkaliśmy miłych panów zasypujących kamieniami dziury, którzy poinformowali, że opłaty za drogi mołdawskie uiszcza się przy kontroli granicznej. Koszt, który każdy musi pokryć wjeżdżając na Mołdawię samochodem to 5 euro. Na drogi. Co prawda przez Mołdawię jechaliśmy tylko kilkadziesiąt kilometrów, ale była to najgorsza droga świata. Fałdy były tak wielkie, że nie sposób było ich ominąć, a dziury tak głębokie, że jedna pomyłka i po samochodzie, ale krajobraz całkiem ładny. Winogronka, bezkres pól, piękna pogoda...

Szczególnie spodobały mi się wioski i ich osobliwy klimat, ale o tym w poście o kolorach Siedmiogrodu.


Drogi w Mołdawii
Mołdawskie drogi







Winogrona w Mołdawii










Winogrona w Mołdawii

Copyright © 2016 Wild Heart Tour , Blogger