Publiczne łaźnie siarkowe – przygoda w Tbilisi

Publiczne łaźnie siarkowe – przygoda w Tbilisi

 
Łaźnie siarkowe publiczne w Tbilisi

Dwa głębokie wdechy nie wystarczyły... już za chwilę miał nadejść moment, o którym podświadomie myślałam od kilku tygodni. Czułam adrenalinę sięgającą zenitu, czułam jakbym miała już nie wrócić tą samą osobą, w końcu pchałam się w miejsce przeznaczone bardziej dla miejscowych niż dla turystów, w dodatku pchałam się tam nago, bo inaczej nie było można. Nie przywykłam do takich akcji, dlatego właśnie wzięłam trzeci wdech i poszłam.


Apuseni i Tarnita - wielki powrót do rumuńskiej dziczy

Apuseni i Tarnita - wielki powrót do rumuńskiej dziczy

Jezioro Tarnita Rumunia
 
Apuseni to wyjątkowy rezerwat, do którego Rumuni chętnie zmierzają w celach wypoczynkowych. Wszystko po to, by paść w objęcia pysznej domowej „wiśniaty”, zjeść posiłek z ogniska, spędzić kilka nocy na łonie natury oraz kilka dni pełnych przygód podczas zwiedzania jaskiń, wodospadów i innych wytworów tego rejonu. Obcokrajowców nie ma tam zbyt wielu, a jeszcze większe pustki panują nad znajdującym się tuż obok jeziorem Tarnita. Wrzesień to już ten czas, w którym z powodzeniem można uznać, że okolica zapadła w sen jesienno-zimowo-wiosenny.

*Gdzie spać w Apuseni? Jak dojechać na camping w Padis? Co oferuje camping Glavoi, jaki jest stan drogi do niego prowadzącej i czy opłaca się spędzić tam tylko jeden dzień? Jak znaleźć zejście nad jezioro Tarnita i dotrzeć do ukrytej huśtawki? Odpowiedź na te pytania uzyskacie na dole posta! Teraz trochę opowiastek...


Rezerwat Korgalzhyn – flamingi kontra komary

Rezerwat Korgalzhyn – flamingi kontra komary

 

Oglądanie flamingów w Kazachstanie brzmiało dla mnie co najmniej tak dziwnie jak oglądanie słoni w Polsce (oczywiście biorąc pod uwagę zwierzęta żyjące tylko i wyłącznie na wolności). Jest jednak jedno miejsce, które w Kazachstanie stało się ostoją różnorakiego ptactwa wodnego, w tym flamingów karmazynowych. Jak dojechać do Korgalzhyn i jak zwiedzać to miejsce? Nie jest to zbyt popularny punkt wycieczek i większość osób nie wie o jego istnieniu, dlatego bez znajomości rosyjskiego ciężko dokopać się do konkretów umożliwiających bezproblemowe dotarcie.

Kirgistan i Kazachstan na własną rękę – jak zorganizować wyjazd?

Kirgistan i Kazachstan na własną rękę – jak zorganizować wyjazd?

 

Praktyczne informacje poparte własnymi doświadczeniami, czyli jak tanio dostać się do Kazachstanu i Kirgistanu, co warto tam zrobić, jak najlepiej poruszać się po krajach, co koniecznie ze sobą zabrać oraz jak rozmawiać z miejscowymi. Ze względu na to, że był to mój pierwszy wyjazd do Azji, w głowie dość mocno namieszał mi temat szczepionek, a raczej sprzeczne informacje dotyczące potrzeby ich przyjęcia. Postaram się przekazać informacje jakie udało mi się uzyskać na temat tego na co zaszczepić się do Kazachstanu i Kirgistanu i czy jest to w ogóle potrzebne. Na koniec krótkie podsumowanie ILE KOSZTUJE KAZACHSTAN I KIRGISTAN, czyli tak bardzo pożądane podliczenie kosztów.  

 

Konno do jeziora Kol Ukok – nocleg w jurcie na 3000m n.p.m.

Konno do jeziora Kol Ukok – nocleg w jurcie na 3000m n.p.m.

 

Jadąc do Kirgistanu marzyłam o tym, żeby spędzić choć jedną noc w tradycyjnej kirgiskiej jurcie. Na początku wszystkie jurty (nawet te znalezione na bookingu) wydawały mi się czymś extra tradycyjnym, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że jurta postawiona w ogródku, ze wstawionym do środka łóżkiem, łazienką dostępną w domku obok i w dodatku w centrum miasta, nie spełnia moich oczekiwań. Nie chodzi o to, że mało luksusu. Wydawało mi się to mało prawdziwe. Oczywiście jest to namiastka dzikiego życia górskich koczowników, ale nie może się równać z jurtą postawioną na 3000m n.p.m. pośrodku niczego (choć również przygotowaną dla odwiedzających). Konna wycieczka do jeziora Kol-Ukok dała mi możliwość przenocowania u rodziny, która w ciepłych miesiącach przeprowadza się z miasta w wysokie partie gór, żeby wypasać bydło, owce i konie. Dla wszystkich zainteresowanych alternatywą dla słynnego jeziora Song Kul opowiem jak zorganizować konną wyprawę do przecudownego, magicznego i rzadko odwiedzanego jeziora Kol Ukok, ile to kosztuje oraz jak znaleźć nocleg w tradycyjnej jurcie w górach.

Przejścia graniczne między Kazachstanem a Kirgistanem

Przejścia graniczne między Kazachstanem a Kirgistanem

 

Pytanie jak dostać się z Kazachstanu do Kirgistanu przewijało się przez cały okres przygotowań. Początkowo były rozkminy jak dostać się z Kanionu Szaryńskiego do Saty, później jak dostać się z Saty do Karakoł. W końcu podróż zweryfikowała, że najprościej będzie pojechać do Karakoł prosto z Kegen. Na mapie trasa wygląda prosto, ale bez własnego samochodu wcale tak prosto nie było (przynajmniej nie tak prosto jak można by się tego spodziewać). Właściwie patrząc na stan dróg sama nie wiem czy chciałabym jechać tamtędy swoim samochodem. Kolejne pytania to to, co zrobić z magiczną karteczką, którą otrzymaliśmy przy wjeździe do Kazachstanu oraz czy w Kirgistanie jest obowiązek meldunkowy i oczywiście jak długo czeka się na przejściu granicznym? No i co z przedostaniem się z Biszkeku do Ałmaty? Spokojnie, zaraz wszystko stanie się jasne.



Astana i Ałmaty - dwie stolice i dwa światy

Astana i Ałmaty - dwie stolice i dwa światy



Artykuł dotyczy dwóch miast, które pozornie nie mają ze sobą kompletnie nic wspólnego. Łączy je jednak jedna rzecz... Oba noszą miano stolicy Kazachstanu. Z tym, że jedno miasto szczyci się mianem stolicy obecnej, a drugie mianem byłej stolicy. Dlaczego w pozostałych kwestiach pozostają sobie tak obce?  Galerie handlowe i dziwne budynki Astany kontra lokalne bazary i dawna architektura Ałmaty.



Najpiękniejsza wioska Kazachstanu i konna wyprawa do Kolsai

Najpiękniejsza wioska Kazachstanu i konna wyprawa do Kolsai

 

Nocleg w popularnej, górskiej wiosce Saty? Nieee, to zbyt proste (no dobra zbyt trudne, bo okazało się, że nie ma miejsc noclegowych). Może by tak nocleg u kazachskiej rodziny w wiosce, której nie ma na mapie? Sama w życiu nie wpadłabym na taki pomysł. Na szczęście najlepsze pomysły wymyśla mój ulubiony przyjaciel pan Przypadek i tym razem również nie zawiódł. Teraz mogę podzielić się z wami wskazówkami dotyczącymi dotarcia do odizolowanej, pięknej i klimatycznej kazachskiej wioski. Co więcej. Przed wyjazdem wszyscy mówili, że do jeziora Kolsai to konno się nie jeździ, że tam to tylko przejażdżka wokół jeziora na zasadzie kiepskiej atrakcji dla leniwych. Nic bardziej mylnego!


Pociąg przygód z Astany do Ałmaty

Pociąg przygód z Astany do Ałmaty



Tanie loty do Astany - stolicy Kazachstanu były niesamowicie kuszące. Na tyle kuszące, że postanowiłam polecieć tam tylko po to, żeby następnie spędzić 20 godzin w pociągu jadącym z Astany – obecnej stolicy, do Ałmaty – byłej stolicy (okazało się, że sam przejazd pociągiem to niezła atrakcja). Południe kraju wydawało się o wiele ciekawsze, stąd szybka ewakuacja z ogromnej i dziwnej stolicy.


*czyste info praktyczne na dole posta

Kaniony Azji Środkowej – Skazka czy Charyn?

Kaniony Azji Środkowej – Skazka czy Charyn?



Zdjęcia dwóch wyżej wymienionych kanionów sprowadziły mnie błyskawicznie do Azji Środkowej. Spowodowały również znaczne przesunięcie w czasie wyjazdu do Stanów, o którym często marzyłam pod kątem rozpościerania ramion na zboczu ogromnego Kanionu Kolorado. Wcześniej nie przeszło mi nawet przez myśl, że gdzieś na świecie może być podobne miejsce. A jednak...Teraz dwa zasadnicze pytania. Jak zorganizować sobie wycieczkę do Charyn Canyon i Skazka Canyon (Fairy Tale) na własną rękę? No i co lepsze? Charyn w Kazachstanie, czy Fairy Tale w Kirgistanie? Od razu mówię, że najbardziej odczuwalną różnicą między kanionami jest stopień trudności dotarcia do nich (oczywiście dotyczy osób bez samochodu i bez chęci wykupowania wycieczek zorganizowanych) - zaraz wszystko wyjaśnię.


Charyn Canyon Kazachstan, dojazd

Charyn Canyon

Skąd się wziął i co można tam zobaczyć?


Charyn to zdecydowanie jedna z głównych atrakcji południowego Kazachstanu, żeby nie powiedzieć całego Kazachstanu.
Atrakcyjność terenu nie idzie w parze z odwiedzającymi go turystami, a nawet jeśli akurat trafi się na jakieś większe zgromadzenie, to teren jest tak rozległy, że bardzo łatwo się oddalić. Długość kanionu wynosi aż 150km, a wysokość ścian dochodzi do ponad 200m. Kanion powstał około 12 milionów lat temu, za sprawą jednej z najgłębszych rzek w północnej części gór Tien Shan (do 300m głębokości!) oraz niszczycielskiego działania wiatru. Kształty, które udało się wyrzeźbić Matce Naturze są niesamowite, zwłaszcza, że materiałem budulcowym był w tym wypadku czerwony piaskowiec. Kanion dzieli się na 5 części, a najpopularniejszą jest Dolina Zamków obejmująca formacje skalne do złudzenia przypominające potężne fortece. Najbardziej spektakularnie wyglądają o zmierzchu, gdy widać już tylko kontury zamczysk. Ciężko uwierzyć, że ukształtował je przypadek. Na terenie kanionu żyje też około 36 gatunków ssaków (lisy, kozice górskie, łasice...) oraz około 200 gatunków ptaków. Idealnie jest leżeć sobie opartym o czerwone skały i oglądać orły krążące nisko, tuż nad krawędziami kanionu. Żyje tam również wiele gatunków jaszczurek i węży, a nawet żółwie. Żółwi się nie spodziewałam.

Fauna w  Charyn Canyon KazachstanCharyn Canyon dolina zamków













Legendy o Kanionie Szaryńskim


Jak to zazwyczaj bywa z miejscami tego typu, kanion owiany jest wieloma legendami. Najbardziej znana mówi, że niegdyś były tam wrota do wnętrza ziemi. Kanion na odludziu upodobały sobie złe duchy, które nie chciały, by śmiertelnicy zakłócali ich spokój. Ludzie wierzyli również, że owe złe duchy zmuszały żyjące tam zwierzęta do skakania w przepaść z wysokich klifów. Teraz twierdzi się, że powodem licznych zwierzęcych samobójstw były wilki zapędzające ofiarę blisko krawędzi, a ta z braku laku często postanawiała skoczyć.
Podobna legenda dotyczy czarownic, które według wierzeń zwabiają nocujących tam turystów na wysokie skały, a następnie popychają w przepaść. Ja nocowałam w dolinie, więc czarownice mnie oszczędziły.

rzeka Charyn, Kanion Szaryński
Kanion Szaryński w Kazachstanie













Jak dostać się do Charyn Canyon i ile kosztuje wstęp?


Zacznijmy od łatwiejszej odpowiedzi. Wstęp kosztuje około 700 KZT/os.

Dojazd można zorganizować na kilka sposobów, startując z miejscowości Ałmaty. Czas dojazdu z Ałmaty zajmuje około 3h (200km) główną drogą, a następnie około pół godziny (10km) drogą boczną, która usłana jest dziurami (oczywiście brak nawierzchni). Po pokonaniu tego odcinka pojawia się mała budka, w której należy uregulować opłatę za wstęp, wpisać się do wielkiej księgi odwiedzających i teoretycznie można jechać dalej. W praktyce wygląda to tak, że większość osób decyduje się iść na nogach ze względu na piękne widoki lub samochód nieprzystosowany do jazdy w trudnym terenie. Od budki z opłatami, do małej oazy w Dolinie Zamków pozostają około 3km drogi.

Najbezpieczniej i najłatwiej jest wykupić wycieczkę zorganizowaną przez biuro turystyczne. Najczęściej oferowane są opcje jednodniowe lub dwudniowe. Podczas takiej wycieczki nie trzeba się o nic martwić, ale przez to bardzo dużo może nas ominąć (przygód). Biura oferujące wyjazdy do kanionu można znaleźć wszędzie, poczynając od stron internetowych. Jeżeli kogoś interesuje ta opcja to zdecydowanie bardziej polecam rozejrzeć się za jakimś biurem już w miejscowości Ałmaty. Decydując się na przewodnika z językiem rosyjskim można sporo zaoszczędzić.

Druga opcja to dojazd własnym samochodem. W miarę bezpieczna dla samochodu jazda jest możliwa do momentu budki z poborem opłat. Później w zależności od tego dokąd się jedzie. Większość osób jedzie do Doliny Zamków, a tam zjazd jest dość ciężki. W zasadzie byłam bardzo zdziwiona, że w ogóle jest umożliwiony. Niemcy, którzy podrzucali nas kawałek na stopa nie podjęli się dalszej jazdy. mimo tego, że mieli samochód terenowy. W razie potrzeby kursują też odpowiednio przygotowane taksówki, ale ciężko powiedzieć na jakiej zasadzie je zamówić. Wydaje mi się, że są one przeznaczone głównie dla grup zorganizowanych z opcji wcześniejszej.

Charyn Canyon Kazachstan skały

Trzecia, najbardziej emocjonująca opcja to dojazd do kanionu bez wycieczki zorganizowanej i bez własnego samochodu. I tutaj przytoczę moją przygodę, z której na koniec postaram się wyciągnąć praktyczne wskazówki dla osób chcących zrobić to samo. Mając dużo czasu i zapału można łapać stopa już z Ałmat, najlepiej stojąc na głównej drodze A351. Przy mniejszej ilości czasu należy udać się na Sayakhat Bus Station, z której odjeżdżają marsztutki i taksówki. Biorąc pod uwagę informacje znalezione w internecie oraz uzyskane na miejscu – do kanionu jeździ marszrutka widmo, która niby jest, ale nikt jej nigdy nie widział. Najprawdopodobniej można ją złapać w sobotę, ale jest to bardzo wątpliwa opcja. Na szczęście stado taksówkarzy nie pozwoli na to, żebyś dojechał bez ich pomocy w miejsce, w które chcesz się dostać. Cena wyjściowa za taksówkę od kanionu zaczynała się od 200000KZT za dwie osoby, ostatecznie doszliśmy do kompromisu obniżając ją do 80000KZT za dwie osoby. Rozmowa nie była łatwa, bo klientów mało, więc wszyscy rzucili się na nas jak lwy na mięso. W dodatku nie wiedzieć czemu komunikacja odbywała się za pomocą google translate, który tłumaczył tak bezsensownie, że zaczynałam mieć wątpliwości, czy oni w ogóle chcą coś sensownego przekazać. Jak to zwykle bywa po ciężkich taksówkowych negocjacjach następuje kilkugodzinna przerwa, podczas której kierowca stara się znaleźć innych klientów, co by nie marnować kursu tylko na dwie osoby. Ruch na placu był prawie zerowy, dlatego zaczęłam powątpiewać w to, że kiedykolwiek ruszymy. W międzyczasie odbyła się próba odbicia nas przez innego taksówkarza, który swoją drogą bardzo dużo wiedział o Polsce. Zachwalał czterech pancernych i psa (cztyry bronie maszyny i sabaka), wspominał o katastrofie w Smoleńsku podając przy tym konkretne liczby ofiar i wypytywał o jakieś zamieszki w Warszawie, o których nawet nie słyszałam.
Ostatecznie wyruszyliśmy. W trakcie podróży była krótka przerwa na małym targu warzywno-owocowym. Po dwóch godzinach jazdy kierowca zatrzymał się na środku niczego i oznajmił, że nie może zboczyć z kursu i on jedzie prosto, a my mamy iść sobie 13km na nogach w prawo. Biorąc pod uwagę około 4h marszu w słońcu, bez nawet najmniejszego drzewka, czy skały, za którą można by się schronić, nie wyglądało to kolorowo. A już zupełnie czarno wyglądało to, gdy uświadomiliśmy sobie, że musimy nieść 13 kilogramowe plecaki i kończą nam się zapasy wody. Staliśmy tak chwilę w lekkim szoku, patrząc jak oddala się nasza taksówka. W zasadzie patrząc jak oddala się nasza jedyna nadzieja, bo nic innego nie jechało, a jak już to w drugą stronę. Przeszliśmy około 2 kilometrów i nagle naszym oczom ukazała się ciężarówka zmierzająca w tym samym kierunku co my. Powoli zbliżała się do nas, a razem z nią wracał promyk nadziei. Promyk zamienił się w ogień, gdy kierowca od razu zgodził się nas podwieźć. Nie krył zdziwienia i wypytywał jak się tam znaleźliśmy i czemu idziemy na nogach. Muszę tutaj dodać, że w samochodzie wcale nie było miejsca na pasażerów. Nawet nie chcę wiedzieć na czym siedziałam, dodatkowo byłam zmięta jak kartka papieru, ale wciąż szczęśliwa, że jadę. Okazało się, że w pobliżu kanionu rozpoczęła się jakaś poważniejsza budowa i stąd ta ciężarówka. Nasz staruszek-kierowca całą drogę coś opowiadał, wyraźnie zadowolony z naszego towarzystwa. Raz pokazywał, w którą stronę są Chiny, raz opowiadał o tym jak walczył w niemieckiej armii, a na końcu o klimacie w kanionie Szaryńskim. Pamiętam jak wypowiedział wtedy słowa „tutaj nigdy nie pada”. To był świetny dowcip. Czułam się bardzo wyjątkowa, gdy godzinę później złapała nas burza i ulewa. Staruszek dowiózł nas do budki z biletami wstępu. W momencie uiszczania opłaty młodemu Kazachowi spodobały się moje okulary i uradowany przymierzał je, przeglądając się w lustrze. Raz po raz rozbawiony zadawał pytanie, czy to prezent dla niego. Ja nieco mniej rozbawiona próbowałam mu je odebrać, bo kawałek dalej czekało już na nas dwóch obserwatorów ptaków z Niemiec, którzy zgodzili się podwieźć nas jeszcze kawałeczek dalej. Ostatecznie zostało nam około 2-3km pieszej, przyjemnej wędrówki kanionem. Na końcu drogi była mała oaza, o której napiszę za chwilkę.
Powrót z Kanionu wyglądał łudząco podobnie. 3 kilometry pieszej wędrówki do budki. Tam pilnujący ładu żołnierz pozwolił nam usiąść w małej altance i zaczekać na transport. Próbowaliśmy dowiedzieć się czegoś o marszrutkach lub autobusach, ale twierdził że nie ma. Ostatecznie po raz kolejny zabrała nas ciężarówka. Jak się okazało kierowca już doskonale znał nas z opowieści swojego kolegi, także nie musieliśmy zbyt wiele tłumaczyć. Przejechaliśmy z nim ładny kawał drogi, bo jechał w tym samym kierunku co my.

Kazachstan stepy, droga do Charyn Canyon












Teraz krótkie podsumowanie dojazdu do kanionu na własną rękę. Taksówką lub autostopem z Ałmaty najlepiej wyjechać wcześnie rano lub ustalić z kierowcą, że zawiezie was od razu pod budkę z biletami. Jeżeli nikt nie wykaże chęci zawiezienia pod kasę biletową, to im wcześniej znajdziecie się na 10km odcinku drogi prowadzącej strikte do kanionu, tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś nią pojedzie i zabierze was ze sobą. Popołudniu raczej wszyscy wracają. Stopa powrotnego z kolei lepiej złapać po południu, z tych samych przyczyn.



Przy opcji własnoręcznie zorganizowanego wyjazdu polecam zostać w kanionie na noc i trochę ochłonąć. Dodam, że swoją podróż odbyłam w połowie czerwca, gdy ruch był prawie zerowy. Podobno w lipcu i sierpniu ludzi jest więcej, więc i o transport powinno być łatwiej oraz o nocleg trudniej (chyba, że macie namiot).

Eco Park Charyn Canyon

Nocleg i jedzenie w Charyn Canyon


W kanionie znajduje się Eco-Park, malowniczo położony w Dolinie Zamków, nad samą rzeką Charyn. Oferowane są noclegi w domkach typu bungalow lub jurtach 8 osobowych. Cena za jurtę 45000 TNG (nie da się wykupić jednego miejsca). Koszt 2-osobowego bungalow 16000 TNG, 3-osobowy 24000 TNG. Domki wyposażone są w łóżka i małą półeczkę, ale czego chcieć więcej. Prąd włączają około godziny 20:00. Toaleta i prysznice znajdują się w odległości 50m. Oczywiście toaleta w postaci dziury w ziemi, a prysznice w postaci budki bez ciepłej wody.
Rezerwacja noclegu w Eco Parku jest możliwa pod adresem mailowym info@eco-park.kz. Polecam przetłumaczyć maila na język rosyjski, w innym wypadku możecie pozostać bez odpowiedzi. Płatność na miejscu.
Jest tam niezwykle, dziko, zachwycająco. W połowie czerwca prawie wszystkie domki stały puste. Oczywiście jest też opcja rozbicia namiotu. Można to zrobić gdziekolwiek.
Eco Park oferuje posiłki oraz napoje, które można nabyć w polowej restauracji. Ceny są dość wysokie. Woda 1,5l - 6zł, śniadanie amerykańskie 25zł, szaszłyk 13zł, ryż z mięsem i marchewką 20zł, piwo butelkowe 8zł.
Na miejscu można wykupić wycieczkę objazdową po kanionie, ale bardziej opłacalne jest to w przypadku grup.

Eco Park Kanion Szaryński, bungalow
Eco Park Charyn Canyon, jurty


Bungalow w Charyn Canyon


Fairy Tale Canyon (Skazka)


Czym jest Skazka?


Skazka to po rosyjsku bajka. Kanion w Kirgistanie, któremu została przypisana ta nazwa z pewnością na nią zasługuje. Jest on zupełnie inny od Kanionu Szaryńskiego, ale równie niesamowity i równie wolny od turystów. Został ukształtowany przez wodę, wiatr i lód, choć obecnie jest suchą doliną. Skały w kanionie przybierają różne barwy od żółtych, przez pomarańczowe, aż po czerwono-brązowe. W niektórych miejscach można zaobserwować kolorowe prążki. Dodatkowo z kanionu widać słynne jezioro Issyk-Kul. Po drodze można natknąć się na jurty (typowo turystyczne), w których oferują gorący czaj, kawę oraz pamiątki.

Fairy Tale Canyon tabliczka
Skazka Canyon w Kirgistanie













Legendy o kanionie Fairy Tale


Legenda głosi, że dawno temu Issyk-Kul nie było wypełnione wodą, a na jego dnie żyły potężne cywilizacje (podobno archeolodzy naprawdę odkryli tam pozostałości po miastach). Pewnego razu siedmiogłowy smok zakochał się w pięknej dziewczynie mieszkającej w jednym z miast i poprosił ją o rękę (co to w ogóle za pomysł). Ona odmówiła, gdyż była zakochana w innym młodzieńcu. Smok okropnie się wkurzył i oznajmił, że rzuca czar na studnię, która w każdą pełnię księżyca będzie zalewała miasto. Po tych słowach zapadł w głęboki sen. Ludzie poinformowani przez smoka o jego misternym planie wiedzieli, że co miesiąc muszą szczelnie zamykać studnię, by woda nie zalała ich dobytku. Pewnej pełni, zapomniano o zakryciu studni i zaczęła się wielka powódź. Tak wielka, że smok obudził się ze snu. Prawdopodobnie sam był w szoku, że jego czar zadziałał i przerażony tym co zrobił zamienił się na wieki w skałę, która znajduje się w kanionie Skazka.

Fairy Tale Canyon w Kirgistanie
Kanion w Kirgistanie













Jak się dostać do kanionu Fairy Tale?


Podróż do kanionu jest o tyle prosta, że wejście do niego znajduje się tuż przy głównej drodze A36 tuż za wsią Tosor (jadąc od strony Karakoł). Z Karakoł odjeżdżają marszrutki, można też dojechać taksówką – ceny są bardzo niskie. Za przejazd marszrutką zapłaciłam około 130 KGS. Taksówka pewnie wyszłaby podobnie, gdyby nazbierał się cały samochód. Kierowcę trzeba poinformować, żeby zatrzymał się przy kanionie.

Około 50m od głównej drogi, na której wysadzi nas kierowca, znajduje się punkt poboru opłat (200 KGS/os). Strażnik chętnie zgodził się przechować nasze plecaki do czasu powrotu. Kanion w zasadzie zaczyna się już przy drodze, ale prawdziwe cuda widoczne są po około 40min pieszej wędrówki.

Jeżeli chodzi o drogę powrotną to polecam łapać stopa, chociażby do pierwszego większego miasta (np. Bokonbayewa), z którego odjeżdżają marszrutki/taksówki. Można też poczekać trochę dłużej przy kanionie, bo marszrutki przejeżdżają tamtędy dość często.

Atrakcje Kirgistanu - Skazka Canyon
Fairy Tale Canyon Kirgistan
Atrakcje w pobliżu Issyk Kul w KirgistanieKolorowe skały w Skazka Canyon









 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Co wybrać Charyn, czy Skazka?


Gdybym miała polecić komuś, któryś z wyżej wymienionych kanionów...Skazka to mała, bajkowa kraina, do której łatwo się dostać i łatwo się z niej wydostać. Można ją zwiedzić szybko, tanio, bezstresowo, ale wciąż zachwyca ogromnie! Charyn to potężna, dzika opowieść, w której jest się totalnie odciętym od zewnętrznego świata (przynajmniej ja właśnie tak się czułam zostając bez samochodu i zasięgu pośrodku niczego). Wszystko zależy od gustu. Biorąc pod uwagę walory wizualne, myślę, że większości spodobałby się bardziej kanion Skazka.

W obu kanionach najpiękniejsze jest to, że nie ma żadnych zakazów, nakazów, wyznaczonych ścisłych ścieżek, ani punktów widokowych. Możesz poczuć się wolny, wspinać się gdzie chcesz, rozbijać namiot gdzie chcesz i cieszyć się tym, że zasady wyznacza tylko i wyłącznie Twój zdrowy rozsądek. Wspaniałe uczucie.

Fairy Tale Canyon Kirgistan


Jak na prawdę wygląda praca na produkcji w Niemczech?

Jak na prawdę wygląda praca na produkcji w Niemczech?





Wzięło mnie na wspomnienia paradoksalnie najmilej i najciężej spędzonych dwóch miesięcy na obczyźnie. Postanowiłam podzielić się swoimi osobistymi odczuciami odnośnie pracy na produkcji za granicą. Spędziłam tam dwa wakacyjne miesiące w 2016roku (matko, jak ten czas leci). Wiem, że wiele osób zastanawia się czy praca na produkcji w Niemczech jest ciężka, czy opłacalna, czy bezpieczna. Niestety nie będę w stanie rozwiać wszystkich waszych wątpliwości, bo doświadczyłam tam różnych rzeczy i widziałam różne reakcje ludzi. Mam też świadomość tego, że każda produkcja jest inna i rządzi się swoimi prawami. Myślę że po mojej opowieści, każdy będzie mógł zobaczyć dwie strony takiego wyjazdu i zastanowić się, czy to na pewno dla niego.


*Tak jak wspomniałam, poniższe sytuacje dotyczą konkretnej produkcji. Niech to będzie dla was punkt odniesienia, a nie wyznacznik.

Pakowanie ogórków w Niemczech? Dobra, biorę.

Zawsze marzyłam o tym, żeby wyjechać do pracy za granicę, ale jakoś nigdy nie mogłam się za to zabrać tak na poważnie. Mimo planów, które snułam już od tak dawna, odkładałam to nękana kolejnymi pretekstami, żeby nie rzucać wszystkiego i zostać jednak w bezpiecznej strefie (teraz już wiem, że bezpieczna strefa to nic innego jak przyzwyczajenie, które ktoś łatwo może zaburzyć).

Pewnego wieczoru, gdy siedziałam jak zwykle w swojej ulubionej pracy, na swoim ulubionym miejscu, ze swoimi ulubionymi ludźmi, robiąc rzeczy, które na prawdę lubiłam robić - ni stąd ni zowąd, znajomy rzucił absurdalnym hasłem.

-Iwona, chcesz się przejechać do Niemiec, żeby pakować ogórki?

And I said yes.

Tak, zgodziłam się. Kilka tygodniu później nie miałam już wygodnego fotela, a w zamian tego walczyłam o plastikowe krzesło w najlepszym rzędzie. Dobra herbatka zamieniła się na espresso z automatu, pochłaniane, żeby tylko zabić monotonię pracy na produkcji. I wreszcie najlepsze. Komputer - moje narzędzie pracy, zamieniło się w kupę posiekanych ogórków i setki słoików, do których musiałam je pakować.

Aaa...przepraszam, najlepsze było to że zamieniłam przyjemniutki dom i wygodne łóżko na kontener i materac położony na kilku drutach. Takie było moje pierwsze skojarzenie, gdy zobaczyłam swoje nowe mieszkanko.

- Nie no. Brawo Iwona! Szczyt twojej kariery zawodowej został osiągnięty! - nigdy nie pomyślałam.

Dlaczego nigdy tak nie pomyślałam? Nie miałam na to czasu. W pierwsze dni czułam się jak wrzucona do dżungli i nie było mi w głowie rozwodzenie się na temat życiowych osiągnięć i porażek. Musiałam obmyślać taktykę jak dostosować się do sytuacji, w której się znalazłam i jakoś przetrwać. Później skupiałam się na tym, żeby wyrabiać normę w pakowaniu ogórków i zarobić więcej pieniędzy (bądźmy szczerzy – po to tu przyjechałam), a wieczorami korzystałam z dobrodziejstw niespodziewanej wymiany kulturowej ucząc się kultury ukraińskiej, języka rumuńskiego oraz obserwując cygańskie pokazy taneczne na podwórku.


Dlaczego wszyscy stąd uciekają?!

Byłam jedną z nielicznych osób, która pod zakłady ogórkowe podjechała swoją bryką. Wraz z sąsiadem, którego wpakowałam w to bagno razem z sobą postanowiliśmy, że co by się nie działo, bierzemy to ze śmiechem. Tak też zrobiliśmy.

Ledwo wysiedliśmy z samochodu po 10 godzinach jazdy, a już otoczyli nas zdezorientowani, zaaferowani ludzie (wnioskowaliśmy, że pracownicy), którzy narzekali, lamentowali i doradzali szybki odwet. Ogólnie ciągle spotykaliśmy takie osoby, które po kilku dniach (lub nawet godzinach) pakowały manatki i wracały do domów. Przy tym rzucały hasła, że sobie nie poradzimy i też za kilka dni pójdziemy w ich ślady rezygnując.

- Hola, hola koledzy! Gdzież odwet, jak my tu zarobić przyjechaliśmy. Pokażcie lepiej, gdzie się mamy zgłosić, żeby dostać mieszkanie.

I pokazali. Gdzieś za 50 głowami Ukraińców było okienko, w którym przydzielano pokoje. Akurat przyjechał autobus z pracownikami z Ukrainy – no cóż oni też muszą się zakwaterować. Trwało to zaskakująco długo, bo powstała mała Wieża Babel – każdy w innym języku, nikt nic nie rozumie. 8 godzin później mieliśmy już swój pokój...10km od miejsca pracy, gdzieś w polach na totalnym zadupiu.

Zostaliśmy zakwaterowani w blaszaku na parterze. Pokoik 4m x 2m, z kuchenką gazową, dwoma łóżkami piętrowymi, stołem i krzesłami. Toaleta wspólna dla wszystkich, prysznice gdzieś po drugiej stronie placu, żyć nie umierać...










Cześć! Kim jesteście współlokatorzy?

W tym ciasnym, ubogim pokoiku zaczęła się moja przyjaźń, a w zasadzie nasza przyjaźń.

- Cześć! - powiedziałam wchodząc do pokoju widząc, że jest już w połowie zajęty przez jakiegoś chłopaka i dziewczynę.


- Cześć! - rozbrzmiała piękna polszczyzna.

Pomyślałam, że dobrze być w pokoju z Polakami, a nie osobami innej narodowości, które się tam przewijały (ależ to był nietakt i pomyłka). Widziałam, że Błażej pomyślał to samo. Ku naszemu zdziwieniu kolejne skierowane w nas zdania nie brzmiały już tak bezbłędnie, a w zasadzie chłopak mówił po jakiemuś innemu, dziewczyna po polsku. Później zaczęliśmy rozmawiać po angielsku i już nic nie wiedziałam. To w końcu z kim jesteśmy w pokoju?!

Yana – Ukrainka, pilna uczennica i entuzjastka języka polskiego.
Roman – Ukrainiec, wokalista w ukraińskim chórze, miłośnik gry w szachy i gotowania.

Szybko złapaliśmy dobry kontakt i jak na początku nie mogłam zrozumieć co oni mówią, tak po kilkunastu dniach dogadywałam się już dość swobodnie nawet z innymi Ukraińcami, a w późniejszym czasie zdarzało mi się nawet tłumaczyć Polakom co oni mówią.

Dlaczego o tym wszystkim wspominam? Wtedy przełamała się u mnie bariera zamykania się i pochopnego oceniania ludzi, którzy są dla mnie całkowicie nieznani pod względem kulturowym. Najśmieszniejsze jest to, że myślałam, że wcale takiej nie mam. Uświadomiłam sobie to dopiero wówczas, gdy poczułam ulgę na myśl, że nie będę w pokoju z Ukraińcami i Rumunami...

W kontekście pracy na produkcji znajomości, które nawiązałam odegrały olbrzymią rolę. Czułam się jak w akademiku i każdego dnia czekałam z niecierpliwością godziny 17:00, kiedy wrócę do pokoju i będzie można porobić coś z ludźmi z blaszaka!
Roman uczył nas gotować, a z Yaną często dyskutowałam o tym jak jest na Ukrainie. Często byliśmy też zapraszani na ukraińskie posiadówki w innych pokojach, gdzie przeważnie płakaliśmy ze śmiechu podczas językowych nieporozumień. Przebywaliśmy też dużo z Polakami z różnych stron naszego kraju. Graliśmy w siatkę, robiliśmy ogniska, no i mogłam jeździć na deskorolce po pustych, nowiutkich drogach (!). Wszędzie działo się coś ciekawego – w końcu były nas tam setki...
Każda osoba kończąca pracę była hucznie żegnana. Najtrudniej było nam się rozstać z naszymi kochanymi współlokatorami! W dniu, w którym ruszał ich autobus wróciliśmy wcześniej do domu, żeby ugotować im coś na drogę - byliśmy już jak rodzina! Z utęsknieniem patrzyliśmy na odjeżdżający autokar ukraińskich przyjaciół, w którym wszyscy płakali i machali.

Podsumowując motyw przyjacielski. Wyjazd na produkcję był idealną opcja odcięcia się od wszystkiego co znałam, poznania nowych ludzi, kultur oraz zwiększenia tolerancji. Zapalił też we mnie ognisko chęci poznawania ich więcej i więcej! Nic tak nie łączy ludzi jak wspólne ciężkie chwile, które trwały codziennie, 6 dni w tygodniu od godziny 7:00, do 17:00...zapraszam dalej.

Nienawidzę ogórków! Czyli o tym jak dokładnie wyglądała praca na produkcji oraz przy zbiorze.

Traktowano nas jak w wojsku (lekko mówiąc). To było uczucie, które towarzyszyło mi od pierwszego przekroczenia progu hali i nie było przyjemne, ale jednocześnie dość ciekawe. Pierwsze zbiórka. Sprawdzenie czy każdy jest ubrany w odpowiednie koszulki, czy nie ma kolczyków, czy spodnie nie za krótkie, paznokcie nie pomalowane. Wyznaczeni kierownicy wrzeszczą coś po rumuńsku, potem ktoś coś po polsku, potem po niemiecku – nic nie rozumiem, ale wiem, że muszę udawać że zrozumiałam. 

- Ty na linię DOJ!

WTF, co to jest linia „doj”, gdzie ja mam iść? W końcu znalazłam się przy metalowym korycie wypełnionym po brzegi posiekanymi ogórkami. Na każdej linii ogórki miały inne formy i inny schemat wkładania do słoików. Pamiętam, jak po pierwszej godzinie lekko zadowolona pomyślałam, że w sumie nie najgorzej się je wkłada i bez problemu wytrzymam tam kilka tygodni. Po 10 godzinach siedzenia w jednej pozycji zmieniłam zdanie. Plecy bolały niemiłosiernie, ale zadowolona spojrzałam na licznik i miałam około 400 spakowanych słoików. Dumna poszłam wpisać się na listę i wtedy okazało się, że minimalną ilość jaką trzeba włożyć w 10 godzin to 1800 słoików...WTF?!

To było niewykonalne dla nowego pracownika, ale zaprawione w boju Rumunki potrafiły zrobić nawet i więcej! Dzięki nim co chwilę podwyższali normę widząc, że jednak się da. Byle jak też nie można było pakować, bo ciągle ktoś kontrolował jakość. Jeżeli jakiś ogórek krzywo leżał w słoiku, albo o zgrozo waga się nie zgadzała, wtedy odejmowali po kilka, kilkadziesiąt słoików w ramach kary.

Zarobki były przyznawane, za ilość przepracowanych godzin. Każdy spędzał tam po 10h dziennie, ale to wcale nie był wyznacznik tego, że właśnie tyle się przepracowało. Często na linii coś się psuło i nieraz ogłaszano kilkugodzinne przerwy, za które nikt nie płacił. Czekałeś jak ciołek, aż wszystko naprawią i będziesz mógł dalej zarabiać. Osoby, które nie wyrabiały normy musiały odejmować sobie przepracowane godziny, tak żeby wyszło w miarę równo z normą. Przykładowo norma na 10h to 1800 słoików. Pracujesz 10h i włożysz 1400 słoików, więc wpisujesz, że przepracowane godziny to 8. Można było trochę to naginać, ale osoby totalnie poniżej normy wylatywały.

Ciężko było wyrabiać normę również przez to, że co chwilę trzeba było pakować coś w innym schemacie. Ledwo przyzwyczaiłeś się do wkładania ogórków, a tu kazali pakować ci paprykę i zawijać ją na ściankach słoika w idealne spiralki (do teraz mam zboczenie i kupując coś w sklepie patrzę czy wszystko jest równo ułożone w słoiku). Później dochodziły coraz to nowsze gatunki papryk, aż w końcu przyszła ona...JALAPENO. Osoby, które sortowały i pakowały tą ostrą paprykę dostawały wysypki, czasami miały poparzone ciało i działy się z nimi przeróżne rzeczy, ale z czasem wszyscy do wszystkiego się przyzwyczajali.

Osoby pracujące przy zbiorze miały przerąbane nieco bardziej. Około 5, 6 rano wywozili ich autobusami w miejsca pracy (czasem nawet do 2h jazdy w jedną stronę), tam spędzali 10h leżąc na specjalnie przygotowanych leżankach, które ciągnął traktor. Brzmi jak praca marzeń? Leżysz i jeszcze za to płacą? 10H w takiej pozycji, z głową i rękami w dół to nic przyjemnego...zazwyczaj pracy tej chwytali się dzielni Cyganie. Powrót do domu zajmował również do 2h, więc zostawało jakieś 9 godzin odpoczynku i snu, choć i tak większość osób do późnych godzin wieczornych zajmowała się integracją, a nie spaniem.



Co dała mi praca w Niemczech?

Dała mi niezłego kopa! Praca tam była dla mnie jak taka mała szkoła przetrwania. Zawsze miałam świadomość tego, że mogę po prostu pojechać stamtąd do domu, ale jednak chciałam sprawdzić samą siebie, no i test zaliczyłam. Z dnia na dzień było coraz łatwiej. Motywowała mnie pozytywna energia ludzi, którzy byli tam ze mną oraz przysługujący jeden wolny dzień w tygodniu, który poświęcałam na zwiedzanie pięknej Bawarii oraz Austrii. Wydaje mi się, że właśnie tam, przy tych znienawidzonych ogórkach moja chęć do odkrywania nowych miejsc i kultur zerwała się z łańcucha. Zarobione pieniądze postanowiłam wydać właśnie na podróże. 

Myślę, że każdy powinien spróbować takiej roboty. Te ogórki uczą pokory! :D

Powodzenia!





Copyright © 2016 Wild Heart Tour , Blogger