Jak żyją Beduini w Wadi Rum?

 

Człowiek spragniony marsjańskich widoków na Planecie Ziemia prędzej czy później przybywa TAM. Do kosmicznej pustynnej doliny Wadi Rum. Chcąc zobaczyć to miejsce człowiek musi wykonać szereg działań, które poprzedza zazwyczaj rejs statkiem powietrznym do niewielkiego kraju – Jordanii, wciśniętej gdzieś pomiędzy Syrię, Irak, Arabię Saudyjską, Izrael i Zachodni Brzeg Jordanu. Zwieńczeniem podróży na jordańskiego marsa jest przejazd przez jedyną wioskę leżącą w obrębie Parku Narodowego Wadi Rum. Wioskę Rum, pełniącą rolę wrót do innego świata.



W wiosce mało kto zatrzymuje się na dłużej. Adekwatnie do tego mało kto oferuje tam noclegi, bo po co? Przecież to nie ona jest główną atrakcją i choćby nie wiem jak się starała to nigdy nią nie będzie. Otoczona olbrzymimi skałami, z piaskiem na drogach, które próbują się od niego uwolnić. Pełna wspaniałych ludzi o tak odmiennej kulturze niż ta, do której przywykliśmy w Polsce, czy nawet w Europie. Obserwacja ich codziennego życia jest czymś równie niesamowitym, co podziwianie tłumnie odwiedzanej „skalnej bramy” znajdującej się na pustyni, przy której kręcono Star Wars i masę innych popularnych produkcji filmowych. Stop – pobyt w wiosce to zdecydowanie coś bardziej niesamowitego.



Jak wygląda wioska Wadi Rum i co można tam robić?


Zabudowa wioski dla kogoś takiego jak ja, czyli osoby będącej pierwszy raz w kraju arabskim wyglądała inaczej niż zabudowa, którą do tej pory dane mi było oglądać. Murowane domy w kolorze pustyni, mury zamiast płotów i wielbłądy stojące sobie jakby nigdy nic w przydomowych zagrodach (wydają prześmieszne odgłosy!). Od tego miejsca biło czymś intrygującym i mimo tego, że po oczach biły również tony wszędzie walających się śmieci, już od pierwszych chwil wiedziałam, że chcę tam zostać choć chwilę dłużej. Wszystko po to, żeby powłóczyć się po ulicach pełnych dzieciaków, zamienić parę zdań z mieszkającymi tam ludźmi, nakarmić małe wielbłądziątka mlekiem z butelki i powspinać się na otaczające wioskę, wysokie skały. Skały są tam pierwsza klasa, wyprofilowane przez naturę tak, żeby wejść tam gdzie tylko się zamarzy – czyli tak jak lubię.


Domy w wiosce przez lokalnych nazywane są często namiotami. Nazewnictwo to jest prawdopodobnie pozostałością po czasach kiedy jedynym schronieniem dla Beduinów były namioty stawiane na pustyni. Obecnie już tylko około 2% z nich prowadzi koczowniczy tryb życia. W pokoju gościnnym, w którym mieszkaliśmy właściwie wszystko wyglądało jak w namiocie tylko po prostu murowanym. Wejście prosto z zewnątrz bez jakichkolwiek schodów czy progów, dywany na podłodze i na ścianach oraz mały, zakurzony stolik, piecyk i uwaga, uwaga telewizor plazmowy. Sofy ani łóżka nie było, ale była „pół sofa” - tak, to słowo opisuje idealnie meble w murowanym namiocie. Mówiąc jaśniej były tylko oparcia od sofy i podłokietniki. Także siedziało się na ziemi, ale pomijając ten fakt, to wszystko było tak jakby siedziało się na normalnej sofie. Taki wystrój był ładny i klimatyczny. Osobnym wejściem można było dostać się do kuchni, sypialni i łazienki (druga była na zewnątrz). W środku panował totalny rozgardiasz, a łazienka z zimną wodą, zamykana na potarganą szmatkę ciągle pozostawiała zbyt wiele do życzenia, żeby z niej skorzystać. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś się tam mył, a sama korzystałam z prysznica tylko, kiedy spędzałam czas w przeznaczonym dla turystów campingu na pustyni. Tam było czysto i była zbawienna, ciepła woda...co za paradoks...na pustyni!


Śmieci, śmieci...ciężko nie wrócić do tego tematu, bo brud zazwyczaj kojarzony jest z patologią lub skrajną biedą. Tymczasem tutaj po prostu tak się żyje. Udając się kawałek poza wioskę można znaleźć kuchenki, fotele i przeróżne graty ustawione pod skałami. Dzieciaki po zjedzeniu loda lub wypiciu soczku z lokalnego sklepu wyrzucają papierek/kartonik prosto na drogę. Niedługo po tym przysypuje go piasek, tak samo jak resztę wyłaniających się spod niego nieśmiało śmieci. Ostatnia rzecz jaką zrobiłby ktoś z mieszkańców to zwrócenie im uwagi. Nikogo to nie interesuje, dla wszystkich to normalka, a poza tym dzieci zajmują się tam sobą same. Młodszy brat opiekuje się jeszcze młodszą siostrą i tak to tam wygląda (podobny podział opieki był w ukrytej wiosce w Kazachstanie, do której trafiłam przypadkowo w zeszłym roku).





Co ubierają Beduini i Beduinki?

 

Mężczyźni zazwyczaj odziani są w tradycyjną diszdaszę, czyli długą szatę, pod którą wkładają kalesony i koszulkę. Na głowie zawinięta kefija. Tradycyjna dla Jordanii jest w kolorze biało-czerwonym. Nie myślcie jednak, że nie mają oni zwykłych stylówek na miasto! Gdy zobaczyłam Raada bez nakrycia głowy, wystrojonego w jeansy i bluzę z Hugo Bossa kompletnie go nie poznałam. W takiej stylówce udał się na mały shopping do Aqaby (tak w skrócie przypomnę skąd się tam wzięłam: Raada poznałam przez internet i wpadłam na zasadzie wymiany praca za mieszkanie i jedzenie. Czasami mieszkałam w jego pokoju w wiosce, a czasami na campingu na pustyni).


Kobiety widywałam w burkach lub zwykłych chustach zarzuconych na głowę. Prawdopodobnie w zależności od stopnia konserwatyzmu.


Dzieci ubrane są w zwyczajne, wygodne do psocenia ubrania. Często biegają po wiosce boso, a ich klapki można znaleźć w najróżniejszych miejscach. Czasami mała siostra Raada wpadała na chwilkę żeby mi coś pokazać po czym zapominała swoich butów i rozanielona biegła do paczki swoich przyjaciół, a buty tak sobie stały czasami aż do następnego dnia.


Najczęściej spotykanym rodzajem obuwia są klapki i sandały. Pytałam zdziwiona, czy nie jest im zimno w stopy, bo marzec do najcieplejszych miesięcy nie należy. Jedyną osobą, która nie chodziła boso był jeden z kuzynów Raada, który do klapek nosił skarpetki. Śmiał się, że po prostu nie zdjął ich jeszcze od zimy...byłam skłonna kupić tę historię po wcześniejszej obserwacji ich stylu życia.

Klany Beduinów


Beduinów nie można pojmować jako jednego ludu o tych samych zwyczajach, czy historii. Ich poszczególne plemiona i klany zamieszkują bardzo wiele odległych od siebie miejsc i choć ich historia w niektórych momentach może się przeplatać, a niektóre zwyczaje mogą być do siebie zbliżone to należy mieć na uwadze ich odrębność. Cechą wspólną jest z pewnością gościnność, uwielbienie do picia słodkiej kawy, czy herbaty oraz nieodłączny element kultury beduińskiej - wielbłąd.


Mężczyźni mogą mieć kilka żon, Tata Beduin miał dwie. Z każdą spłodził około 5-7 dzieci. Raad wspominał, że rodzeństwa ma coś kolo 14, natomiast każdy chłopak poznany z wiosce przedstawiał się jako jego kuzyn.


Jak wyglądały małżeństwa Taty Beduina? Bardzo prosto. Raz spędzał noc w domu pierwszej żony, a raz w domu drugiej żony. Wieczorami obserwowałam, jak przenosił swoje rzeczy wędrując między dwoma lubymi. Nie wiem od czego zależało to, u której akurat spędzał noc, ale kobiety kolejnego dnia rozmawiały między sobą jakby nigdy nic i wymieniały się zakupami. Mój ziomek z internetu – Raad w przeciwieństwie do swojego taty twierdził, że nie jest taki szalony, żeby się żenić.

 



Co robią Beduini w wolnym czasie?


Tata Beduin (swoją drogą był to świetny koleś) każdego wieczoru przychodził do pokoju gościnnego, w którym spaliśmy, żeby oglądać w telewizji mecze. Był ogromnym zapaleńcem. Czasami wpadali również jego kumple, synowie lub któraś z dwóch żon. Oczywiście w Jordanii nie pije się alkoholu, dlatego nigdy nie przestał mnie bawić ten widok...faceci ostro kibicujący swojej drużynie i polewający sobie herbatkę z mlekiem.


W Jordanii nie pije się alkoholu, ale bardzo dużo się pali. Wielu Beduinów wyznało mi, że nie palą sziszy bo to bardzo niezdrowe jest. Ale za to fajki idą tutaj na potęgę! Podział jest prosty, każdy facet pali - żadna kobieta nie pali.


Tata Beduin miał dziwny nawyk zostawiania wszystkiego i wychodzenia. Tak po prostu. Wyglądało to następująco: oglądał coś w telewizji i nagle zostawiając brudne filiżanki, czajnik, papierosy, jakieś papierki na środku pokoju wychodził nic nie mówiąc. A my pozostawaliśmy w niewiedzy, czy można już iść spać i przestawić gdzieś te wszystkie graty, czy jednak jeszcze wróci i nasze zachowanie wyjdzie na bardzo nietaktowne. To był naprawdę sympatyczny i miły człowiek, ale czasami nie wiedziałam czego mogę się po nim spodziewać i jak powinnam się zachować, żeby głupio nie wyszło.



Oprócz biznesu pustynnego, którym zajmuje się większość mieszkańców wioski, Tata Beduin handlował również samochodami...tego dowiedziałam się w bardzo dziwnych i szemranych okolicznościach, w których poczułam szczyptę lęku, dreszczyk emocji i ukłucie niepokoju. A było to tak...

Jak co wieczór zostawiliśmy rzeczy w naszym pokoiku w wiosce. Dodam, że był on nie zamykany na klucz, a dodatkowo coś się zepsuło i można powiedzieć że nie był zamykany w ogóle na nic i oczywiście łatwo dostępny dla każdego przechodnia. Zrobiło się ciemno. Nagle zobaczyłam, że pod wejście podjeżdżają 3 pickupy i wysypują się z nich jacyś goście. Szybkim krokiem podeszliśmy do domu, ale zatrzymał nas Tata Beduin i powiedział, żebyśmy zabrali rzeczy i że dziś będziemy spali u jego drugiej żony. Nie wiedzieliśmy skąd taka nagła decyzja, ale brzmiało to wtedy jak „zabierzcie rzeczy tu jest niebezpiecznie, szukajcie schronu gdzieś indziej, ja tu zostanę i będę osłaniał tyły”. Oczywiście nasze rzeczy były tak rozpieprzone, że trzeba by było trochę więcej czasu żeby je upchać do plecaka i przenieść, a podejrzani goście już zaczęli pakować się nam do środka pokoju. Tata Beduin wydał nakaz, żebyśmy usiedli z boku i czekali. Kurde, no było to przerażające do tego stopnia, że nawet baliśmy się do siebie odzywać, bo kompletnie nie wiedzieliśmy o co chodzi. Nagle wszyscy wyszli, więc my migusiem zabraliśmy najważniejsze rzeczy i zdezorientowani poszliśmy na spacer. Jak się okazało...goście chcieli kupić od Taty Beduina samochód i w pokoju dobijali interesów. Ale to było dziwne.


Poza meczami, interesami i żonami...Beduinom pustynia nigdy się nie znudzi. Oglądanie zachodów i wschodów słońca, spanie w jaskiniach (i to nie zawsze w ramach atrakcji dla turystów, czasami tak po prostu dla siebie) oraz posiadówki z rodziną lub znajomymi przy słodkiej herbacie. W grę wchodzą również wieczorne wypady do Aqaby, czyli miasta znajdującego się ok. 40min drogi od pustyni. Ludzie miastowi uciekają do ciszy, a ludzie żyjący w ciszy uciekają do miasta, Raada odprężał miejski zgiełk.

Co jedzą Beduini?


To co oferowane jest turystom w campingach nie do końca jest odzwierciedleniem tego co naprawdę jada się w wiosce. O słynnym Beduińskim daniu przygotowywanym w dziurze na pustyni pisałam w poście z informacjami praktycznymi. W wiosce na śniadanie najczęściej jedliśmy typowy dla Jordanii chleb typu pita podany w zależności od dnia z serkiem topionym lub śmietaną, oliwkami i pysznymi ziołami głównie na bazie tymianku. Czasami zamiast tego mieliśmy świeżą, cieplutką bułeczkę posypaną ziołami, albo falafele.

Głównym składnikiem obiadu był ryż i śmietana – zawsze. W ryżu można było znaleźć małe kawałki kurczaka lub parę ziaren grochu czy też niewielkie ilości papryki. Ryż zapychał tak mocno, że nigdy pomimo usilnych prób nie dojadłam obiadu (przestałam nawet jeść słodycze, żeby zrobić miejsce w żołądku i nie musieć się wstydzić za zostawione na talerzu jedzenie, ale nawet to nie pomogło). Porcję zawsze dostawaliśmy w jednej dużej misce, oczywiście jadło się na podłodze.


Kolacja składała się z chleba i dodatków typu śmietana, czasem tuńczyk, raz jakiś dziwny ciepły pasztet, hummus, oliwki, a czasem nawet frytki!


Do każdego posiłku dostawaliśmy ekstremalnie słodką beduińska herbatkę. Jeśli tak jak ja nie słodzicie herbaty, to w Jordanii nikt się tym nie przejmuje i każdy wali cukru ile wlezie, ale muszę przyznać, że smakuje to zaskakująco dobrze. Raz do obiadu dostaliśmy również soczek z rurką. Mają tam uwielbiane przeze mnie soczki mango.


Co do dzieci...z tego co zaobserwowałam największym rarytasem są dla nich lody, po które pędzą całymi gromadami zaraz po szkole.







Jacy są Beduini?

 

Oczywiście każdy człowiek jest inny, ale jest kilka wspólnych cech, które zaobserwowałam u Beduinów mieszkających w wiosce Rum.

Po pierwsze są świetnymi przedsiębiorcami. Znają się na rzeczy i szybko rozwijają swoje umiejętności w celu dostosowania ich do przyjezdnych. Przekłada się to na coraz lepszą znajomość języka angielskiego, lepsze standardy noclegów oferowanych turystom, ogarnianie mediów społecznościowych, bookingu, airbnb i innych przydatnych stron internetowych w celu promowania swojego biznesu.
Przekłada się to również na to, że w obecnych czasach każdy Beduin posiada co najmniej dwa smartfony, których ciągle używa a to do wrzucenia zdjęcia na Instagrama, a to do obejrzenia filmiku na Youtubie lub posłuchania muzyki.

Świat idzie do przodu, więc jeśli wyobrażaliście sobie Wadi Rum jako zupełnie dziki teren, a Beduinów jako koczowników nie mających pojęcia co to laptop, Whatsapp lub Instagram to to już nie te czasy...a przynajmniej nie w wiosce Rum i jej najbliższym otoczeniu. Obecnie szacuje się, że tylko około 2% Beduinów prowadzi nadal koczowniczy tryb życia.

Pojawia się też rywalizacja, każdy chce żeby jego camping wypromowany był lepiej i kombinuje na wszystkie sposoby. Dostałam bardzo dużo zaproszeń od kuzynów Raada w celu zrobienia dla nich również zdjęć, filmów i ogarnięcia spraw internetowych, które pomogłyby im dotrzeć do większej ilości potencjalnych odwiedzających.


Poza tym to bardzo uprzejmi, gościnni ludzie, którzy chętnie podejmują rozmowę na każdy temat i dzielą się swoją kulturą. Podziwiam ich, bo mimo tylu zmian spowodowanych turystyką, wciąż są bardzo autentyczni.


Kobiety wydają się być dość skryte i w wielu przypadkach wymaga trochę czasu, żeby nawiązać bliższe kontakty. Z mamą Raada zaczęłyśmy „rozmawiać” dopiero po kilku dniach. „Rozmawiać”, ponieważ nie znała angielskiego, więc nauczyłam się dla niej trochę arabskich słówek, dzięki którym jakoś się porozumiewałyśmy. Oglądałyśmy też razem zdjęcia i filmiki, które przywoziłam z pustyni. W dniu wyjazdu była smutna, że zostaliśmy na tak krótko.










Ci ludzie naprawdę kochają tę pustynię i znają ją na wylot. To ich matka, nauczycielka i duma – myślę, że te słowa nie są zbyt wielkie.

1 komentarz:

Copyright © 2016 Wild Heart Tour , Blogger